Z powodu postępujących prac przy budowie wiaduktu w ciągu ulicy Kurlandzkiej od 19 lipca w rejonie prac, na ulicy Bolesława Krzywoustego, zostanie zmieniona organizacja ruchu.
Zakończyły się prace na jezdni w stronę Kórnika i to na nią zostanie teraz przełożony ruch pod wiaduktem w kierunku centrum Poznania.
„Oznacza to, że pojazdy jadące w kierunku centrum na wysokości wiaduktu w ciągu ul. Szwedzkiej napotkają na zwężenie, a zaraz potem zostaną poprowadzone na przeciwległą jezdnię, w stronę Kórnika. Po minięciu powstającego wiaduktu wrócą na pierwotny tor jazdy” – informują Poznańskie Inwestycje Miejskie. – „Kierowcy jadący z ul. Szwedzkiej będą mogli poruszać się wcześniej wyznaczonym objazdem przez ul. Krzywoustego, przy Kinepolis, Klenowską i Krzywoustego”.
W rejonie ulicy Wiatracznej z kolei będą prowadzone prace przy kanalizacji deszczowej, które zajmą trzy najbliższe weekendy, jednak nie wpłyną na organizację ruchu w tym rejonie.
Przypomnijmy, że prace przy budowie nowego wiaduktu w ciągu ul. Kurlandzkiej trwają od listopada ubiegłego roku. Nowy wiadukt ma być gotowy do końca tego roku, a wraz z nim cały nowy układ komunikacyjny: dwa nowe ronda oraz infrastruktura dla pieszych i rowerzystów.
Pelikany, sowa pójdźka, karakal i mały żubr. To tylko kilku z nowych przybyszów w poznańskim ogrodzie. To nie tylko o maluchy, które urodziły się wiosną, ale też te zwierzęta, które do niego przyjechały w ramach wymiany z innymi ogrodami zoologicznymi.
Dwa pelikany kędzierzawe oraz jeden pelikan różowy wykluły się w tym roku, rosną jak na drożdżach i uczą pływać pod okiem rodziców. Przychówek z poprzedniego roku już wyjechał w ramach wymiany do innych ogrodów zoologicznych. Jak informowaliśmy, wyjechały też trzy młode puszczyki, ale nie do ogrodu zoologicznego, tylko na wolność – zostaną wypuszczone po readaptacji w specjalnej wolierze w Austrii.
2 lipca urodził się także mały żubr, potomek Pomiłki i Dudusia, a dwa miesiące wcześniej karakal Yolo. Maluch jeszcze nie pojawia się na wybiegu, pilnie strzeżony przez mamę, ale za kilka tygodni na pewno będzie go można już zobaczyć. Na razie po wybiegu krąży tylko jego tata Jirzik, pilnując spokoju rodziny…
Jeśli chodzi o potomstwo, zoo ostatnio zaliczyło też rekord – w rodzinie łasic syberyjskich urodziło się aż 11 maluchów! To 6 samiczek i 5 samczyków. Warto przypomnieć o dwóch kangurzątkach, które mają już rok, ale dopiero niedawno, bo w marcu odważyły się wyjść na dłużej z toreb swoich mam.
Przyjechały też do Poznania nowe zwierzęta: z Kolmarden w Szwecji przybyła samica zebry Grevy’ego, a z Czech – samica żubra. Z estońskiego Tallina przyjechała para norek europejskich – to część bardzo ważnego programu hodowlanego, bo norki europejskie są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. W Polsce ich już praktycznie nie ma na wolności.
Z Frankfurtu przyjechał też kanczyl, a dokładnie pan kanczyl, jako potencjalna para dla samiczki, która jest w poznańskim zoo. Kanczyle, czyli myszojelenie, to najmniejsze kopytne na świecie, są bardzo czujne i płochliwe, a mieszkają w pawilonie zwierząt nocnych. Obecnie niestety z powodu pandemii nie można go odwiedzać. Także z Frankfurtu przyjechała do Poznania para kowari – to małe ssaki wyglądem przypominające myszy.
Z Tregomeur we Francji z kolei przyjechała Antana, samiczka lemura czerwonobrzuchego, jako para dla Lizaka, który mieszka w poznańskim ogrodzie. Lemury na razie przebywają osobno, wkrótce będą się zapoznawać na wspólnym wybiegu. A z Arnhem w Holandii przyjechała samiczka pójdźki jako para dla samca z Poznania.
„Para siedzi w sąsiadujących wolierach, przygląda się sobie, zagaduje” – informują pracownicy zoo. – „Proces zapoznawania odbywa się na zapleczu, by nikt im nie przeszkadzał. Kiedy para się polubi, zamieszkają razem na ekspozycji. Pójdźki ziemne to fascynujące ptaki – zamieszkują nory wykopane i opuszczone przez inne zwierzęta”.
Do mieszkańców poznańskiego zoo dołączyły także rzekotki drzewne z łotewskiej Rygi oraz tragopan cabota z holenderskiego Amersfoort.
Nowych mieszkańców można już oglądać w poznańskim zoo – poza częściami wyłączonymi ze względu na pandemię. Ogród zoologiczny jest czynny codziennie, w godz. 9-19 (kasy czynne są do godz. 18). W weekendy na zwiedzających zoo czekają dodatkowe atrakcje, m.in. opowieści o jego mieszkańcach, pokazowe karmienie oraz gry i zabawy.
Odwiedzić go może każdy, bo jest dogodnie położony na granicy Sołacza i Golęcina. I naprawdę warto to zrobić, bo wchodząc do środka ma się wrażenie, że wkracza się do tajemniczego ogrodu jak z powieści…
Lekko uchylona, niepozorna furtka od strony ulicy Niestachowskiej zaprasza przechodniów, choć co prawda mało kto tamtędy przechodzi – to popularna droga rowerowa, a nie trasa pieszych przechadzek. Zresztą gdy się nawet tacy znajdą, to pewnie wcale nie byliby pewni, czy można wejść do środka, a furtka nie została uchylona przez nieuwagę.
Dopiero po bliższym przyjrzeniu i odgarnięciu masy pnączy widać niewielką tablicę informującą, że to wejście do ogrodu dendrologicznego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu i wszyscy mogą go bezpłatnie odwiedzać codziennie, od poniedziałku do piątku od 9.00 do 15.00, a w soboty i niedziele od 10.00 do 18.00.
Nie widać, co jest w środku. Widok zasłaniają gęste pnącza i okazałe tuje, a gruntowa droga widoczna za furtką zaraz znika za zakrętem. Żeby więc zobaczyć, trzeba wejść. A gdy już się wejdzie, to człowiek ma wrażenie, że trafił do innego świata.
Kilka metrów przed furtką jest ruchliwa Niestachowska, pełna pędzących samochodów, wycia karetek i niemiłosiernego hałasu robionego przez motocyklistów. Za furtką to wszystko przestaje istnieć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a po kilku metrach zrobionych w głąb ogrodu przestaje być także słyszalne.
Teraz zwiedzającego otaczają potężne, budzące respekt drzewa – nie ma takich wiele w Poznaniu. Są porośnięte bluszczem, niektóre, przewrócone, służą jako dom i pożywienie innym organizmom zamieszkującym ogród. Wszystko razem sprawia wrażenie fragmentu jakiejś pierwotnej puszczy cudem przeniesionej do Poznania. Jest nieco mrocznie, groźnie, tajemniczo i trochę jak pod wodą dzięki temu zielonemu światłu przefiltrowanemu przez liście drzew. Można zrozumieć, dlaczego nasi przodkowie bali się lasów i skąd się wzięła wiara w leszego, rusałki czy wodników…
Tam, gdzie teren opada najniżej, znajdziemy kawałeczek skoncentrowanej zieleni – staw. W pierwszej chwili trudno go zauważyć, bo jest schowany w cieniu drzew i niemal w całości porośnięty rzęsą, dopiero po podejściu bliżej intensywnie zielona przestrzeń okazuje się oczkiem wodnym. Można usiąść i koić wzrok tą zielenią, żywą nawet w czasie ekstremalnych upałów, bo co jest wspaniałe w tym ogrodzie – nie brakuje ławek, na których można przysiąść.
Ma to też wymiar praktyczny: obejście 20 hektarów, a tyle sobie liczy ogród dendrologiczny, to nie fraszka, zwłaszcza gdy jest gorąco, więc dobrze jest mieć gdzie usiąść i odpocząć. Nad stawem znajduje się jedna z bardziej niezwykłych ławek w mieście – przygotowali ją studenci podczas wspólnych warsztatów i może na niej siedzieć wygodnie oraz w różnych pozycjach całkiem spora grupa ludzi.
Przy stawie warto też zwrócić uwagę na wyeksponowany tam pień czarnego dębu. Sporo mówiło się o walorach tego drewna podczas odkrycia go w strukturze wałów Mieszka I na Ostrowie Tumskim i później, gdy Anna Orska, słynna projektantka biżuterii, przygotowała z niego kolekcję eksponowaną w Rezerwacie Archeologicznym Genius Loci. Czarny dąb to wyjątkowe drewno: znajdowało się przez kilkaset lat w torfowisku lub pod wodą bez dostępu powietrza i dzięki temu nabrało czarnej barwy oraz twardości kamienia. Okaz, który można oglądać w ogrodzie dendrologicznym, został wydobyty w 2006 roku podczas prac budowlanych przy ulicy Solnej, ze starego koryta Warty. Jego wiek szacuje się na 2800 lat!
Ogród ma też swoją słoneczną stronę: okazałą polanę z ławkami, gdzie odbywają się zajęcia edukacyjne, które czasami uniwersytet prowadzi też dla osób z zewnątrz, nie tylko dla studentów. Ale w taką pogodę jak dziś ta mroczna, zacieniona i o kilka stopni chłodniejsza część jest zdecydowanie bardziej kusząca. Nie mówiąc o tym, że bardziej tajemnicza z wijącymi się alejkami – każdy zakręt kusi do pójścia dalej i sprawdzenia, co się za nim znajduje.
Skoro to tajemniczy ogród – to oczywiście musi być też pałac, a przynajmniej dwór. I jest – dawny dwór Adolfa Schwarzkopfa, przekazany po odzyskaniu niepodległości Wydziałowi Rolniczo-Leśnemu ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego, by służył studentom. Podczas drugiej wojny światowej stracił sporo ze swojej urody, został jednak starannie wyremontowany i teraz najpiękniej wygląda chyba właśnie od strony ogrodu dendrologicznego. A gdy jeszcze jest oświetlony słońcem i znienacka ukazuje się zza zakrętu – wywołuje mimowolne „ach” z ust patrzącego. Widok jest naprawdę jedyny w swoim rodzaju.
Dla porządku warto dodać, że pierwsza kolekcja drzew utworzona dla studentów na tym terenie w 1922 roku liczyła 190 gatunków i zajmowała powierzchnię 0,86 ha, a założył ją prof. Rudolf Boettner. Już w 1927 roku były tu 452 gatunki i odmiany drzew i krzewów, a do 1939 roku – prawie tysiąc. Wojna zniszczyła go prawie całkowicie, ale staraniom władz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, a później Akademii Rolniczej i obecnie Uniwersytetu Przyrodniczego udało się ogród odbudować i stworzyć z niego naprawdę magiczne miejsce.
Mieszkańcy Gniezna spacerujący nad brzegiem zbiornika twierdzą, że są ich tysiące, a zapach psujących się w upale ryb skutecznie odstrasza od spaceru. Co jest powodem masowego śnięcia ryb?
Jak twierdzi portal gniezno.naszemiasto.pl, powodem jest właśnie upał. Ekstremalne upały nagrzały wodę w jeziorze i wywołały przyduchę, czyli zmniejszenie ilości tlenu rozpuszczone w wodzie, co sprawiło, że ryby się po prostu podusiły.
Takie zjawiska zdarzają się podczas upalnego lata, bo Jelonek jest niewielkim zbiornikiem, który nagrzewa się bardzo szybko, jednak mieszkańcy nie pamiętają, by kiedykolwiek zjawisko wystąpiło na tak ogromną skalę. Wcześniej, podczas upalnych letnich miesięcy, znajdowano góra kilkaset śniętych ryb. Dziś służby miejskie zbierają je do ogromnych kontenerów, których napełniono już kilka.
Mimo że kolejne kontenery śniętych ryb wyjeżdżają znad jeziora, to do usunięcia jest ich jeszcze całe mnóstwo, a zapach psujących się ryb sprawia, że pobyt nad jeziorem staje się nie do zniesienia.
Przyducha sprawiła też, że powrócił temat konieczności natleniania wody w Jelonku – gdyby w wodzie było więcej tlenu, wówczas przyducha nie występowałaby podczas upałów, a przynajmniej nie na taką skalę. Ekolodzy od dawna alarmują, że trzeba coś zrobić, ponieważ temperatury rosną, zwłaszcza latem, a Jelonek jest niewielkim zbiornikiemi i nagrzewa się szybko. Jeśli niczego się w tej sprawie nie zrobi, to za kilka lat takie akcje jak wywożenie tysięcy śniętych ryb będą normą. Nie bez znaczenia jest czystość wody – im bardziej zanieczyszczona, na przykład ściekami bytowymi albo nawozami z pól, tym większe prawdopodobieństwo, że przyducha wystąpi.
Co można zrobić? Przede wszystkim odciąć źródła zanieczyszczeń, na przykład ustanawiając strefę ochronną wokół jeziora, a później natlenić wodę. Metodą dobrze się sprawdzającą w takich sytuacjach są aeratory pulweryzacyjne – można je zobaczyć w Poznaniu na jeziorze Strzeszyńskim i w Swarzędzu na jeziorze Swarzędzkim, a także… fontanny. Jedne i drugie powodują dodatkowe natlenianie wody, a wodny aerozol zmniejsza też temperaturę otoczenia, co także wpływa korzystnie na temperaturę wody w zbiorniku. Na Jelonku co prawda jest jedna fontanna, ale na takie jezioro to stanowczo za mało.
Na terenie ośrodka prowadzonego przez siostry franciszkanki miało dochodzić do wykorzystywania seksualnego młodszych wychowanków przez starszych. Dzieci miał też wykorzystywać brat jednej z zakonnic, który przyjeżdżał do placówki. tak twierdzi jeden z wychowanków domu.
O sprawie napisał „Głos Wielkopolski” – chłopiec, a obecnie dorosły mężczyzna, nazywany umownie Adamem, trafił do domu dziecka w Szamotułach w wieku pięciu lat. W wieku 12 lat został wykorzystany seksualnie przez kolegę starszego o 5 lat. To nie był jedyny raz, kiedy takie wykorzystanie miało miejsce. Nie był też jedynym chłopcem, którego to spotkało.
Do domu dziecka przyjeżdżał w odwiedziny brat jednej z zakonnic pracujących w placówce, który spędzał czas z chłopcami, by mieli męski wzorzec. Chłopcy nazywali go wujkiem. On także wykorzystywał dzieci – bohater historii opisanej przez „Głos Wielkopolski” po raz pierwszy padł jego ofiarą, gdy miał około 15 lat. Nabrał do niego zaufania i wyjawił mu, że został wykorzystany seksualnie przez starszego kolegę. Chciał, żeby mężczyzna pomógł mu ukarać sprawcę, ale on wtedy wykorzystał go dokładnie tak jak ten kolega: dotykał go, rozbierał, wkładał język do ust i kazał się doprowadzać do orgazmów.
Tak się działo przez kilka lat, a chłopiec nie miał odwagi odmówić kolejnych spotkań z mężczyzną, zwłaszcza że ten wiedział, jak go zastraszyć. Nie liczył na pomoc sióstr – chodziło przecież o brata jednej z nich, a nawet i bez tego traktowanie podopiecznych w tej placówce ocenia jako bardzo złe: był bity i poniewierany.
Sprawa nie była tajemnicą dla innych wychowanków, co wynikało z rozmów – jeden z kolegów zapytał kiedyś Adama, czy znów był na górze u wujka i „zrobił mu dobrze” ręką… Zdaniem Adama znaczyło to, że nie on jeden był zmuszany do takich spotkań, choć byli i tacy, którzy umieli odmówić. On za bardzo się bał.
Przeżycia z domu dziecka dawały o sobie znać także wtedy, gdy opuścił placówkę. Trauma, którą stamtąd wyniósł, była tak ogromna, że nie mogąc sobie poradzić z przeszłością sięgnął po narkotyki. Ma za sobą także dwie próby samobójcze. Udało mu się wyjść na prostą, ma pracę i dziewczynę, skończył szkołę i myśli o zaocznych studiach. Ale chciałby też, że takie przeżycia, jak jego, nigdy nie były udziałem żadnego dziecka. A nie będzie takiej pewności, jeśli sprawcy wykorzystywania seksualnego nie zostaną ukarani.
Tymczasem tu sprawa natrafiła na ścianę. Rozmowa z siostrą zakonną, której brat był sprawcą wykorzystywania, do niczego nie doprowadziła, tak samo jak z jej bratem. Oboje zaprzeczyli stanowczo, by coś takiego miało miejsce w placówce. To samo siostra zakonna powiedziała „Głosowi Wielkopolskiemu”. Z jej bratem redakcji nie udało się skontaktować.
38-letni dziś Adam postanowił jednak zgłosić sprawę do prokuratury. Zrobił to w 2014 roku, ale sprawa została umorzona. uznano, że chce wyłudzić pieniądze od sióstr. Jednak w 2020 roku przełożona prowincjonalna Zgromadzenia Sióstr Franciszkańskich złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w domu dziecka – chodziło w nim własnie o wykorzystanie Adama przez brata jednej z sióstr.
Szamotulska prokuratura odmówiła zajęcia się sprawą uznając, że doszło do przedawnienia przestępstwa. Jednak zdaniem mecenasa Sławomiera Szczęsnego, który prowadzi tę sprawę w imieniu Adama, przedawnienie, zgodnie z obowiązującym prawem, nastąpiłoby dopiero w 2027 roku. Co na to prokuratura? Na razie nie ma jeszcze odpowiedzi z jej strony.
Czy wiecie, gdzie jest Zegar Ptasiego Śpiewu i dlaczego modernistyczne wille nie są do końca modernistyczne? O tym i o wielu innych rzeczach podczas spaceru po dzielnicy z Przyrostem Masy opowiadał Jakub Głaz.
Większości poznaniaków Podolany raczej nie kojarzą się z niczym szczególnie interesującym – ot, dzielnica domów jednorodzinnych i tyle. Niektórzy może jeszcze skojarzą z dzielnicą fabrykę Lisnera i… trudne dojazdy do centrum Poznania, bo z Podolan można się tam dostać wyłącznie autobusem, który często stoi w korkach. Za rozwojem dzielnicy, a także sąsiedniego Strzeszyna jakoś nie poszedł rozwój dróg dojazdowych, nie mówiąc o tramwaju.
Kolejny spacer z Przyrostem Masy udowodnił jednak, że to bardzo ciekawe miejsce, nie składające się wyłącznie z pudełkowatych domków obrośniętych tujami i liczących sobie raptem 50 czy 60 lat. Podolany to dzielnica z historią.
Zacznijmy więc od początku: Podolany zajmują północno-zachodnią część miasta, między Strzeszynem a Piątkowem. Od północy mają Suchy Las, od południa – Winiary. Nazwa wywodzi się od podola, czyli zagłębienia terenu, ale dzielnica rozrastała się też na zboczu Bogdanki, na malowniczej wysoczyźnie morenowej. Była to taka sobie olęderska wieś jakich wiele, a jej sytuacja zmieniła sie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Wówczas część ziem otrzymał Uniwersytet Poznański, a na większości zaczęła powstawać kolonia mieszkaniowa pracowników kolejowych według projektu urbanistycznego Jana Rakowicza.
Kolonię miały tworzyć nie tylko budynki mieszkalne, ale też boiska, park, rynek, a nawet biblioteka. Dojazd prowadziłby linią tramwajową z centrum Poznania wzdłuż obecnej ulicy Zakopiańskiej, byłby możliwy także dojazd pociągiem. Domy zaprojektowane przez Rakowicza były niezwykle nowoczesne, bo choć niewielkie, to z toaletami i łazienkami, co w tamtych czasach wcale nie było takie oczywiste. Podolany miały być wzorcową osadą podmiejską, z dużym naciskiem na obecność zieleni i ogrodów, a docelowo wszystkie osiedla satelickie miały być wzorowane właśnie na rozwiązaniach z tej dzielnicy.
Realizacji projektu nie dokończono, po drodze, dla oszczędności, zrezygnowano z boisk i biblioteki, ich miejsce zajęły działki budowlane, na których zaczęły powstawać domy. Nie były bardzo nowoczesne, jeśli chodzi o architekturę, ponieważ dość konserwatywni majstrowie projektowali je dla równie konserwatywnych klientów. Na tym tle wyróżniały się realizacje emerytowanego inspektora budowlanego Tomasza Posieczka, a jednym z najciekawszych budynków jest willa Stanisława Wietrzykowskiego, ówczesnego dyrektora PKP w Poznaniu.
W 1933 roku Podolany włączono do Poznania i wtedy zaczął się szybki rozwój dzielnicy – co ciekawe, już wówczas mieszkańcy alarmowali, że połączenia z centrum miasta są fatalne i postulowali o budowę choćby jednej drogi bitej oraz przedłużenie trasy tramwajowej linii nr 9 do swojej dzielnicy – wówczas tramwaj kończył trasę na Golęcinie, naprzeciwko dzisiejszego wejścia do koszar. Niestety, wybuchła wojna i przedłużenia nie wybudowano.
W czasach socjalizmu dzielnica zmieniła oblicze: wybudowano szeregi magazynów i zakładów przemysłowych wzdłuż ulic Druskienickiej, Szczawnickiej i Lutyckiej, wybrukowano ulicę Zakopiańską. W latach 60. wybudowano pierwszą szkołę, a w 70. – fabrykę wielkiej płyty. Z jej wyrobów powstały głównie bloki na Piątkowie, ale kilka postawiono także na Podolanach. I co ciekawe – wszystko to po to, by nie dopuścić do powstania wielkie, burżuazyjnej dzielnicy domków jednorodzinnych…
Plan spalił na panewce, bo mimo starań socjalistycznych władz na Podolanach jednak najwięcej jest domów jednorodzinnych. Centrum dzielnicy to okolice Szkoły Podstawowej nr 62 z Galerią Handlową Podolany i dzielącym je parkiem im. prof. Leszka Bergera. To właśnie w nim znajduje się Zegar Ptasiego Śpiewu i analematyczny zegar słoneczny autorstwa Marka Szymocha. To już zupełnie nowa era rozwoju Podolan – i choćby dlatego warto było się wybrać na tę wycieczkę.
Międzychodzcy policjanci nie wierzyli własnym oczom, gdy na drodze z Gorzynia do Dormowa zobaczyli samochód jadący… na trzech kołach.
Zauważyli go podczas rutynowej kontroli drogowej 17 lipca, około godziny 16.00. Samochód zataczał się, rysując i niszcząc nawierzchnię jezdni. Kierowca najwyraźniej tego nie zauważył, tak samo jak hałasu, jaki wywoływał samochód bez koła. Jakim cudem mógł tego wszystkiego nie zauważyć? Wyjaśniło się po zbadaniu kierowcy alkomatem.
„Badanie stanu trzeźwości kierującego, 58-letniego mieszkańca powiatu międzychodzkiego wskazało prawie 3 promile alkoholu w organizmie” – napisali międzychodzcy policjanci w mediach społecznościowych.
Mężczyzna został zatrzymany i będzie odpowiadał za jazdę po pijanemu – a policjanci ponownie zaapelowanie o nie wsiadanie za kierownicę po alkoholu. I korzystanie tylko z samochodów, które mają wszystkie cztery koła…
Powinien się odbyć tylko jeden, ponieważ niedziela jest przeznaczona na Koncert Sołacki. Ale dziś odbędzie się także przełożony z powodu pogody, a zaplanowany na czwartek, 8 lipca, koncert grupy Neons.
Koncert Wizji Lokalnej w ramach Koncertów Sołackich nad Rusałką rozpocznie się o godzinie 19.00. Wizja Lokalna to poznański zespół grający muzykę będącą połączeniem klasycznego rocka z gitarowym brzmieniem lat 90-tych. Efekt jest bardzo udany i zyskuje zespołowi stale rosnące grono miłośników, o czym świadczą choćby nagrody na festiwalach i przeglądach, między innymi na XIII Festiwalu „Gramy Nad Prosną” – Kalisz, XIII Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Okołogitarowej GITAROWNIA – Ostrów Wielkopolski, 32 Międzynarodowym Przeglądzie „Wszyscy Śpiewamy Na Rockowo” – Ostrów Wielkopolski, VI Festiwalu Muzycznym „Rockowanie” – Skierniewice, Międzynarodowym Festiwalu „Muzyczna Jesień 2018” – Grodków.
Do ważniejszych koncertów zespół zalicza swoje supportowanie zespołu Coma na zakończenie Królewskiego Festiwalu Artystycznego – Gniezno 2019, Kombii (festiwal „Gramy Nad Prosną” Kalisz 2018) i Pudelsi („Rockująca Sobota” Opalenica 2019).
W marcu 2021 ukaże się debiutancka płyta zespołu pt.: „Mimo Wszystko. Przede Wszystkim”.
Skład: Erwin Kornacki – wokal,
Bartosz Bogusz – gitara,
Marek Górecki – gitara,
Tomasz Antonik – bas,
Illia Kanapelna – perkusja.
Natomiast o 20.30 na scenie nad Rusałką wystapi grupa Neons – to poznański duet tworzący muzykę z pogranicza neo-soulu i R&B. W jego skład wchodzą producent i multiinstrumentalista Maurycy Olszlegier oraz wokalistka i autorka tekstów Natalia Hoffmann. Zespół inspiruje się brzmieniami z kolorowych lat 90’, ale tworzy dla nich nowoczesne aranżacje, nie stroniąc od nietypowych, odważnych rozwiązań i eksperymentów.
W listopadzie 2019 r. ukazał się debiutancki singiel zespołu „Someone Like Me”, który został entuzjastycznie przyjęty zarówno przez odbiorców, jak i przedstawicieli branży muzycznej. W marcu 2020 r. zespół opublikował drugi utwór „I Feel Like Movin”, w sierpniu trzeci singiel „Waves”, który doczekał się obrazu.
Duet ma na swoim koncie koncerty przed publicznością na Festiwal Liederlauschen Am Rand, oraz podczas jesiennej edycji poznańskiego festiwalu Spring Break. Rok 2021 zespół rozpoczął od wsparcia akcji WOŚP, grając koncert podczas 29 finału.
Organizatorem cyklu jest Fundacja Pogoda. Partnerami projektu są: Grupa ENEA (partner generalny), Aquanet, Restauracja Rusałką, Polska Fundacja Osób Słabosłyszących oraz Cinema Hostel & Apartments. Patroni medialni projektu to Freshmag, Radio Afera, Lokalny Fyrtel, Radio Meteor oraz tenpoznan.pl.
Mieszkańcy jednego z bloków osiedla przy Smolnej kupili mieszkania z oknami wychodzącymi na park. Ale n teraz okazuje się, że parafia chce im tam urządzić parking. Dowiedzieli się o tym z plakatów rozwieszonych w bloku.
O sprawie powiadomił nas pan Adam, który na osiedlu przy Smolnej mieszka od kilku lat. „Okna naszych mieszkań z jednej strony wychodzą na park przy kościele” – napisał. – „Większość mieszkańców wybrało tę lokalizację i zdecydowała się na zakup mieszkania ze względu na ciszę od strony parku, możliwość odpoczynku, poczucie się, jakby było się poza miastem. Kilka dni temu na klatce zauważyłem wywieszony plakat z planem wg którego na terenie parku, tuż pod naszymi oknami ma powstać parking budowany przez parafię w celach zarobkowych. Chcą przekształcić obecny park, trawnik, wybieg dla zwierząt w płatny parking, który ma być dostępny dla każdego, który zapłaci. Ktoś chciał zrobić wszystko po cichu bez kontaktu z mieszkańcami”.
Decyzja bardzo oburzyła mieszkańców. Pan Adam i jego sąsiedzi uważają, że taki obiekt wpłynie negatywnie na otoczenie i życie mieszkańców ich bloku, bo zamiast zielonej ściany drzew będą teraz mieli plac zastawiony zaparkowanymi samochodami. Uważają, że przed podjęciem takiej decyzji ktoś powinien się z nimi skontaktować, porozmawiać, a nie po prostu wywiesić plakat na klatkach schodowych, jakby wszystko już było ustalone, a wola mieszkańców nie miała żadnego znaczenia.
W związku z tym to oni próbowali skontaktować się z parafią, a później z kurią żeby porozmawiać. Ale to, czego się dowiedzieli, oburzyło ich jeszcze bardziej.
„Z racji, że ksiądz proboszcz był niedostępny, skontaktowałem się z kurią metropolitalną” – pisze dalej pan Adam – „i ich przedstawiciel, ekonom, w krótkiej rozmowie stwierdził, że nie rozumie moich pytań i że oni działają jak przedsiębiorstwo. Że są po to, żeby zarabiać. I że to im się może nie podobać, że niedaleko kościoła zbudowano bloki. Oznajmił, że widok to wartość dodana i bezczelnie spytał, czy my płacimy za ten widok”.
Jednak, jak się doszukali mieszkańcy, niezupełnie tak sprawa wygląda, jak to przedstawił ekonom. Parafia nie może sobie ot tak wybudować parkingu na tym terenie, ponieważ jest on objęty ochroną konserwatorską. Na przykład wycinka drzew na obszarze wpisanym do rejestru zabytków wymaga uzyskania pozwolenia konserwatorskiego – a jak dotąd nie wpłynął żaden wniosek dotyczący wycinki, jak nas poinformowała Joanna Żabierek, rzeczniczka prasowa prezydenta Poznania.
„Ponadto informuję, że aktualnie w Wydziale Urbanistyki i Architektury nie toczy się postępowanie w sprawie budowy parkingu na terenie nieruchomości przy ulicy Mariackiej 13 w Poznaniu, a dotychczas nie została wydana decyzja o pozwoleniu na budowę parkingu na tym terenie” – napisała rzeczniczka. – „Nie przyjęto też zgłoszenia dla takiej inwestycji. Wskazany teren nie był objęty żadnym wnioskiem o udzielenie zezwolenia na usunięcie drzew lub krzewów”.
Więcej na temat tej sprawy wie Miejski Konserwator Zabytków. Jak wyjaśnił Jacek Maleszka, zastępca dyrektora Biura Miejskiego Konserwatora Zabytków UMP, „kościół p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny przy ul. Mariackiej 15 w Poznaniu wraz z budynkiem plebanii oraz terenem parku i ogrodu jest wpisany do rejestru zabytków pod nr A 358 decyzją z dnia 27 listopada 1992 roku. W związku z tym znajduje się pod ochroną konserwatorską i wszelkie prace na tym terenie wymagają uzyskania pozwolenia konserwatorskiego”.
I kościół o takie pozwolenie wystąpił.
„Do Miejskiego Konserwatora Zabytków został złożony wniosek o wydanie pozwolenia, obejmujący realizację parkingu w zieleni i nasadzeniami nowych drzew” – napisał wicedyrektor MKZ. – „W związku z tym wszczęte zostało postępowanie administracyjne w tym zakresie. Nie dokonano jeszcze jednak żadnego rozstrzygnięcia. Inwestor został wezwany do uzupełnienia braków”.
Jak jednak podkreśla MKZ, urząd zobowiązany jest do wydawania decyzji na podstawie obowiązujących przepisów prawa, w tym prawa lokalnego. Ten teren jest objęty miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego „obszaru Główna” w Poznaniu część A i zgodnie z nim na terenie objętym planem mogą powstawać parkingi – ale w zieleni. Tylko co to znaczy „w zieleni”? Mieszkańcy obawiają się, że to oznacza wycinkę dorodnych drzew, które przeszkadzają wciśnięciu maksymalnej liczby miejsc parkingowych na tym terenie – i posadzenie nowych, młodych tam, gdzie nie będą przeszkadzać samochodom. Wszystko będzie zgodnie z prawem – tylko że mieszkańcy będą mieli patelnię zamiast parku za oknami, bo młode drzewa nie osłonią ich mieszkań tak jak obecnie rosnące.
„Decyzje wydawane są po szczegółowej analizie złożonych wniosków” – zapewnia miasto. – „Aktualnie w sprawie realizacji parkingu na terenie należącym do parafii nie została wydana żadna decyzja”.
Miejmy nadzieję, że interes nie tylko mieszkańców, ale wszystkich, którzy zdają sobie sprawę z tego, jak ważna jest zieleń w mieście, zostanie uwzględniony.
Służby sanitarno-epidemiologiczne stwierdziły tylko 5 zakażeń koronawirusem w regionie. Nie odnotowano też ani jednego zgonu!
powiat ostrzeszowski 0
powiat obornicki 0
powiat leszczyński 0
powiat Leszno 0
powiat kolski 0
powiat rawicki 0
powiat słupecki 0
powiat średzki 0
powiat jarociński 0
powiat nowotomyski 0
powiat wągrowiecki 0
powiat Poznań 2
powiat Konin 0
powiat czarnkowsko-trzcianecki 0
powiat złotowski 1
powiat kościański 0
powiat grodziski 0
powiat szamotulski 0
powiat ostrowski 0
powiat Kalisz 0
powiat chodzieski 0
powiat międzychodzki 0
powiat gostyński 0
powiat kaliski 0
powiat pilski 0
powiat śremski 0
powiat kępiński 0
powiat turecki 0
powiat wrzesiński 1
powiat gnieźnieński 1
powiat pleszewski 0
powiat krotoszyński 0
powiat wolsztyński 0
powiat poznański 0
powiat koniński 0
W Wielkopolsce na kwarantannie przebywa 7529 osób. W ciągu ostatniej doby wykonano 2015 testów na obecność koronawirusa, w tym 9 z wynikiem pozytywnym.
„Mamy 69 nowych i potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem w kraju” – poinformowało dziś Ministerstwo Zdrowia. Odnotowano też 3 zgony i wykonano 32 192 testy.
Zakażenia stwierdzono w województwach: mazowieckim (18), małopolskim (8), lubelskim (7), łódzkim (6), śląskim (6), świętokrzyskim (5), wielkopolskim (5), podkarpackim (4), pomorskim (3), dolnośląskim (2), lubuskim (1), kujawsko-pomorskim (0), opolskim (0), podlaskim (0), warmińsko-mazurskim (0), zachodniopomorskim (0). 4 zakażenia to dane bez wskazania adresu, które zostaną uzupełnione przez inspekcję sanitarną.
Z powodu covid-19 nie zmarła żadna osoba, natomiast z powodu współistnienia covid-19 z innymi schorzeniami zmarły 3 osoby. W ciągu ostatniej doby wykonano 32 192 testy na obecność koronawirusa.
Liczba zakażonych koronawirusem 2 881 424/75 215 (wszystkie pozytywne przypadki/w tym osoby zmarłe).
Tragiczny finał wczorajszej akcji na jeziorze Powidzkim. Strażacy pracujący wspólnie z nurkami znaleźli i wyłowili mężczyznę, który wczoraj wyskoczył z łódki i nie dopłynął do brzegu. Niestety, nie udało się go uratować.
Wczoraj po południu mężczyzna na wysokości miejscowości Anastazewo wyskoczył z łodzi, ale nie pojawił się na brzegu. Świadkowie zdarzenia powiadomili więc ratowników, a ci wezwali strażaków i grupę nurków, gdy potwierdzono, że mężczyzna rzeczywiście nie pojawił się nigdzie na brzegu jeziora.
Jak informuje Radio Poznań, około godziny 21.00 udało się znaleźć ciało mężczyzny i wyłowić je z wody. reanimacja trwała około godziny, jednak nie udało się go uratować. Lekarz stwierdził zgon. Teraz okoliczności i przyczyny utonięcia wyjaśnia policja.
Elżbieta Witek, marszałek Sejmu, podróżuje po Polsce promując Polski Ład, program swojej partii. Jednak nie zawsze jest radośnie witana. W Otyniu w województwie lubuskim grupa ludzi skandowała hasła „konstytucja” i „wolne sądy” podczas jej wystąpienia.
„Otyń to kolejne miasteczko, gdzie mimo wrzasków kilku przyjezdnych krzykaczy, miałam okazję zaprezentować wyjątkowy projekt, jakim jest #PolskiŁad” – napisała marszałek w mediach społecznościowych. – „Przeciwnikom nerwy puszczają, że nic podobnego nie byli w stanie stworzyć. Dziękuję mieszkańcom Otynia za świetne spotkanie”.
#Otyń to kolejne miasteczko, gdzie mimo wrzasków kilku przyjezdnych krzykaczy, miałam okazję zaprezentować wyjatkowy, projekt, jakim jest #PolskiŁad. Przeciwnikom nerwy puszczają, że nic podobnego nie byli w stanie stworzyć. Dziękuję mieszkańcom Otynia za świetne spotkanie. pic.twitter.com/EMktve0053
Jak jednak informuje Onet.pl, wśród protestujących nich była Agnieszka Chyrc, przedstawicielka Strajku Kobiet i Instytutu Równości w Zielonej Górze, a także lokalni przedstawiciele lubuskiego KOD. Zdecydowanie więc miejscowi, nie przyjezdni.
Ich okrzyki irytowały marszałek, nie dając jej skupić się na swoim wystąpieniu. W końcu zapytała, czy ci, którzy tak protestują, rezygnują też z tego wszystkiego, co zapewnia rząd Prawa i Sprawiedliwości: emerytury w wieku 60 lat, 500 plus, 300 plus lub darmowych leków dla seniorów. Bo jej zdaniem nie rezygnują, biorą od tego „wrednego” rządu i jeszcze narzekają. A powinni się unieść honorem i nie brać, jak zrobiłaby ona sama, gdyby się nie zgadzała z decyzjami rządu.
Marszałek Witek podkreśliła też, że Otyń leży w Polsce, a nie w żadnej Unii, a przyjezdnym krzykaczom za przeszkadzanie w jej wystąpieniu na pewno ktoś zapłacił. Jej zdaniem dowodzi to tego, że „przeciwnikom nerwy puszczają, że nic podobnego nie byli w stanie stworzyć” – jak powiedziała, mając na myśli Polski Ład.
Wypadek miał miejsce w sobotę wieczorem – 62-letni mężczyzna przechodził przez drogę krajową nr 25 w miejscowości Modła Królewska i został potrącony przez samochód. Zginął na miejscu.
Jak ustaliła policja, mężczyzna przechodził przez jezdnię na łuku drogi, gdzie nie ma przejścia dla pieszych. Kierowca – 27-letni mężczyzna z Jarocina – zauważył go zbyt późno, by zdążyć zareagować. Był trzeźwy.
Konińska policja prowadzi śledztwo w tej sprawie pod nadzorem prokuratury.
Jak informuje NFZ, w czasie pandemii koronawirusa bardzo spadła liczba wizyt dzieci w gabinetach dentystycznych. Wakacje są dobrym czasem, by nadrobić zaległości, zwłaszcza że gabinety stomatologiczne w szkołach są czynne.
To, że w gabinetach stomatologicznych w czasie pandemii leczyło się zdecydowanie mniej pacjentów, wynika z danych Narodowego Funduszu Zdrowia, choćby na podstawie procentowej realizacji umów, które placówki mają podpisane z NFZ.
Jednak szczególnie niepokojące jest to, że do dentysty przestali też chodzić ci najmłodsi pacjenci.
– Od początku roku do końca maja w zakresie świadczeń ogólnostomatologicznych wyłącznie dla dzieci i młodzieży, 16 placówek w Wielkopolsce zrealizowało poniżej 50 proc. umowy – informuje NFZ. – Dostęp do trzech z nich był całkowicie niemożliwy, gdyż nie wykazały żadnej działalności. To gabinety znajdujące się na terenie szkół.
W szkołach prowadzone są nie tylko gabinety wyłącznie dla pacjentów poniżej 18. roku życia. Wiele z nich to placówki ogólnostomatologiczne, gdzie mogą się leczyć również dorośli. Dostęp do nich nie jest więc ograniczony, np. wyłącznie dla uczniów szkoły, na terenie której się znajdują.
– W Wielkopolsce na 49 gabinetów stomatologicznych w szkołach aż 11 podmiotów wykonało od stycznia do maja umowy na poziomie poniżej 50 proc. – tłumaczy Agnieszka Pachciarz, dyrektor Wielkopolskiego Oddziału NFZ. – Cztery z nich w ogóle nie przyjmowały pacjentów. Na podstawie sprawozdań widzimy, że wiele gabinetów dentystycznych w Wielkopolsce mogłoby przyjmować zdecydowanie więcej pacjentów, niż robiło to przez ostatnie miesiące. Przypominamy, że pacjenci poniżej 18. roku życia mogą korzystać nie tylko z gabinetów, które mają podpisane umowy wyłącznie na świadczenia dla dzieci i młodzieży, ale również z gabinetów ogólnostomatologicznych. W wakacje dzieci zwykle spędzają sporo czasu w domach, a nieco więcej miewają go także rodzice. To dobry moment, żeby nadrobić stomatologiczne zaległości i udać się do dentysty choćby na przegląd.
Dlatego mimo wakacji gabinety dentystyczne w szkołach mają być czynne w lipcu i sierpniu (poza przerwami urlopowymi). Kuratorium Oświaty w Poznaniu zaapelowało do dyrektorów szkół, żeby zadbali o swobodny dostęp do placówek na ich terenie.
– W ostatnim czasie pandemia covid-19 w Polsce wyhamowała – wyjaśnia Aleksandra Kuź, wicekurator oświaty w Poznaniu. – To dobry moment, żeby zjawić się u dentysty. Gabinety stomatologiczne w szkołach powinny być otwarte przez czas wakacji. Ich wykaz umieściliśmy na stronie internetowej Kuratorium Oświaty w Poznaniu. Na naradach przed inauguracją roku szkolnego będziemy również zachęcać dyrektorów szkół do tworzenia kolejnych gabinetów dentystycznych.
Gościem spotkań będzie dr Aneta Olszewska, konsultantka wojewódzka w dziedzinie stomatologii dziecięcej.
– Po pandemii wyraźnie odczuwamy skutki braku wizyt dzieci u dentysty – przyznaje dr Olszewska. – Młodzi pacjenci pojawiają się w naszych gabinetach z zaawansowaną próchnicą, często także z obrzękiem i ropniem. To już stan, który bezwzględnie zagraża zdrowiu, a nawet życiu dziecka. Z moich obserwacji wynika, że tylko jedna trzecia rodziców zgłaszała się z dziećmi w okresie pandemii na regularne leczenie.
Tymczasem zaniedbywanie wizyt kontrolnych i nieleczenie chorób zębów mlecznych może się odbić na zdrowiu dziecka także w życiu dorosłym.
– Nadal dość powszechne jest u rodziców przekonanie, że zębów mlecznych u dzieci się nie leczy – mówi dr Barbara Biedziak, konsultantka wojewódzka w dziedzinie ortodoncji. – Tymczasem to właśnie one są ważnym elementem wpływającym na kształtowanie się zgryzu. Próchnica to poważna choroba zakaźna, a w zębach mlecznych przebiega znacznie szybciej niż w stałych i może prowadzić do ich całkowitego zniszczenia i utraty. Przedwczesna utrata zębów mlecznych prowadzi do przemieszczania się sąsiednich zębów, a w konsekwencji brakuje miejsca dla zębów stałych i są one stłoczone.
W Wielkopolsce działa 95 gabinetów stomatologicznych dla dzieci i młodzieży oraz 600 gabinetów stomatologii ogólnej, które mają podpisaną umowę z NFZ. W gabinetach ogólnostomatologicznych mogą się leczyć zarówno dzieci, jak i dorośli.
Co łączy pocałunek z pragnieniem? Normalnie przyszłyby do głowy raczej frywolne myśli, a nie sposób na upał. I to wymyślony przez ptaki, jak przekonują naukowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.
Zacznijmy jednak od początku, jak ptaki radzą sobie w wielkie upały?
– Zdecydowanie gorzej od nas, bo nie mogą się schronić w klimatyzowanym pomieszczeniu i szybko odkręcić kranu z wodą wyjaśnia zoolog z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prof. Piotr Tryjanowski. – Choć właśnie tych dwóch rzeczy próbują: schronić się w chłodniejsze miejsce i znaleźć wodę do pica. Niestety z tym bywa problem, zwłaszcza w miastach. Naukowo rzecz ujmując o życiu ptaków strefy umiarkowanej w warunkach wyjątkowo upalnych i suchych dni wiemy stosunkowo niewiele. To dość krytyczny okres: młode niedawno opuściły gniazda, więc nie mogą im pomóc rodzice. Chyba że akurat mamy do czynienia z gatunkiem, który jeszcze kontynuuje wychowywanie piskląt.
Takim gatunkiem jest bocian biały i młode boćki jeszcze parę tygodni będą przesiadywały na gniazdach, więc mogą liczyć w upalne dni na pomoc rodziców. I dostają ją, o czym wiemy dzięki kamerom zainstalowanych przy gniazdach bocianich.
– W tym upalnym sezonie często można obserwować, jak dorosłe bociany noszą pisklętom nie tylko jedzenie, ale także wodę, pojąc je i robiąc im prysznic – tłumaczy Paweł T. Dolata, koordynator projektu “Blisko bocianów”. – Jeśli kogoś wspomniane upały zniechęcają do wycieczki pod bocianie gniazdo, można to oglądać zaglądając na kamerę w Przygodzicach.
Podobnych obserwacji w tym roku dokonał Joachim Siekiera przy gnieździe w Żywocicach na Opolszczyźnie.
– Zwykle dorosłe bociany w upały oferują młodym cień przez rozłożenie skrzydeł, ale w tym roku również nagraliśmy filmiki, jak przynosiły pisklęta wodę – zauważa opolski badacz bocianów.
To właśnie podczas oglądania filmów przekazywanie wody skojarzyło się prof. Tryjanowskiemu z dawaniem buziaków, chociaż, jak podkreśla, nie lubi tak mocnej antropomorfizacji.
– Normalnie wiążemy pocałunki z intymnymi zalotami, a nie przekazywaniem wody – wyjaśnia. – I pewnie nadal podzielałbym te rezerwę, gdyby nie to, że dosłownie kilka dni temu znany badacz z Uniwersytetu w Campinas (Brazylia) prof. Ivan Sazima, opublikował na łamach Ornithology Research pracę na temat wodnych pocałunków u australijskich papug, lorys niebieskobrzuchych. Przede wszystkim, co zaskakujące, ptaki wodę przekazywały sobie dziobami, niemal właśnie w formie całowania, tylko wodę, a nie pokarm, ustawiając przy tym bardzo precyzyjnie dziób i całą głowę, tak by nie zmarnowała się ani kropelka płynu. W okolicach australijskiego Sydney, gdzie prowadzono badania, latem woda jest cenniejsza od pokarmu, być może tak cenna, że jej transfer jest wyrazem przywiązania w obrębie pary ptaków, a zdobycie i przekazanie wody stanowi o atrakcyjności partnera.
Przegląd literatury wykonany przez badaczy ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund wskazuje, że wysokie temperatury wpływają na śmiertelność osobników dorosłych, śmiertelność i tempo wzrostu piskląt. Problem ten najprawdopodobniej będzie intensywniej badany, bo wymusza to niejako życie i sytuacja środowiskowa.
– Zdecydowanie zgadzam się z tym stwierdzeniem – podsumowuje prof. Tryjanowski. – Sami zresztą, z koleżankami i kolegami z wielu ośrodków akademickich w Polsce podsumowujemy wykorzystywanie drobnych zbiorniczków wodnych, w tym kałuż, przez ptaki jako miejsc picia i kąpieli. Jeszcze prace trwają, ale jedno jest pewne: to kluczowe miejsca dla ptasiej bioróżnorodności w upalne dni. Jeśli chcemy pomagać ptakom latem, to dostarczenie wody jest jak podanie jej Samarytaninowi na pustyni. Naprawdę jej potrzebują, a w nawiązaniu do wcześniejszych sugestii mogę zaapelować o jeszcze jedno – pojniki ustawiajmy w bezpiecznych miejscach i w cieniu.
Podtopione posesje, zalane piwnice, połamane drzewa i zerwany dach. Nad Wielkopolską od popołudnia przechodzą burze i strażacy musieli już interweniować prawie sto razy.
Poznaniowi żadna burza jeszcze nie dała się we znaki, jednak w Wielkopolsce nawałnice zdążyły dać się we znaki mieszkańcom okolic Jarocina, Leszna, Koła i Wągrowca. Najwięcej jest podtopień posesji i zalanych piwnic, ale niewiele mniej połamanych drzew ze względu na silny wiatr, jaki wiał podczas burz. W Kole z jednego z domów zerwało dach.
Dotąd strażacy zaliczyli już prawie sto interwencji i wszystko wskazuje na to, że to nie koniec. Zgodnie z prognozą IMiGW burze nad regionem mogą trwać nawet do północy.
Taką decyzję podjął dziś sąd w Ostrowie Wielkopolskim i zadecydował, że wystarczy dozór policji oraz zakaz opuszczania kraju z jednoczesnym zatrzymaniem paszportów.
Przypomnijmy: chodzi o tragiczny wypadek, do którego doszło 15 lipca w Antoninie. Kobieta spacerująca z psem około 7.00 rano odkryła w zbiorniku Szperek ciało dwuletniego dziecka, ubranego tylko w pieluszkę. Mimo prób reanimacji dziecka nie udało się uratować.
Okazało się, że chłopczyk narodowości ukraińskiej przyjechał do Antonina z rodzicami i siostrą dzień wcześniej. Jego rodzice wynajęli domek wspólnie ze znajomym i po przyjeździe urządzili imprezę z alkoholem. To prawdopodobnie było przyczyna pozostawienia niezamkniętych drzwi wejściowych do domku, co sprawiło, że dwulatek bez trudu je otworzył i wyszedł na zewnątrz, gdy wszyscy jeszcze twardo spali zmorzeni alkoholem i upałem. Jak wykazało śledztwo, chłopiec dotarł do jeziora, wszedł na pomost i spadł z niego. To było przyczyną utonięcia.
17 lipca rodzice dziecka usłyszeli zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci i narażenia na utratę życia lub zdrowia syna – i przyznali się do winy. Grozi im do 5 lat więzienia. Prokuratura złożyła wniosek o ich tymczasowe aresztowanie na okres trzech miesięcy, jednak sąd uznał, że wolnościowe środki w zupełności wystarczą. Dlatego nakazał zastosować dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju z zatrzymaniem paszportów. Oskarżeni musza też informować o każdej planowanej zmianie miejsca pobytu.
Wypadek miał miejsce w piątek, 16 lipca, na przejeździe pieszo-rowerowym na trasie Leszno – Pawłowice. Nieprzytomną dziewczynkę zabrał śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala w Poznaniu. Jej stan jest poważny.
Jak ustaliła policja, jadącą nastolatkę potrącił samochód kierowany przez 30-letniego mieszkańca gminy Lipno. Mężczyzna został zatrzymany i trafił do policyjnego aresztu, a funkcjonariusze ustalają przebieg wypadku.