Anna Karbowniczak fot KWP

Chodzież: Śmierć dziennikarki. Prokuratura wycofała większość zarzutów

Anna Karbowniczak, dziennikarka “Głosu Wielkopolskiego” z Chodzieży, została śmiertelnie potrącona przez samochód 3 września ubiegłego roku. Ale prokuratura wycofała większość zarzutów wobec sprawców.

Przypomnijmy: Anna Karbowniczak, zapalona cyklistka, jechała rowerem lokalną drogą niedaleko Budzynia, gdy potrącił ją samochód. Kierowca nie zatrzymał się, by sprawdzić, co się stało i pomóc kobiecie. Uciekł razem z pasażerami do lasu, a później w pole, namówił też brata i jego znajomego, by naprawili samochód uszkodzony po zderzeniu z rowerem. Chciał, by nie było żadnego śladu po wypadku. Jak później tłumaczył policji – bał się, że trafi do więzienia, bo nie miał prawa jazdy.

Funkcjonariusze nie mieli problemu z ustaleniem, że kobietę potrącił bus koloru niebieskiego. Po kilku dniach znaleźli busa, już w trakcie naprawy, a także ustalili wszystkie osoby zamieszane w sprawę: kierowcę busa, dwoje pasażerów i dwóch mężczyzn, którzy remontując samochód usuwali ślady wypadku.

Wszyscy usłyszeli poważne zarzuty, w tym spowodowanie śmiertelnego wypadku, ucieczki z miejsca zdarzenia i nieudzielenie pomocy ofierze. Kierowca, Maciej N., trafił do aresztu, tak samo jak pasażerowie busa, Mateusz Cz. i jego dziewczyna Oliwia P., którzy nie zatrzymali kierowcy, gdy uciekał z miejsca wypadku. Zeznali, że zmusił ich do tego. Zarzut zacierania śladów usłyszeli mężczyźni, którzy naprawiali busa.

Jednak teraz prokuratura, jak informuje Onet.pl, wycofała większość zarzutów. Opierając się na opinii biegłego uznała, że to dziennikarka spowodowała wypadek, wyjeżdżając z leśnej drogi wprost na samochód. A to oznacza, że pięć osób, które zostały zatrzymane w tej sprawie, nie bardzo jest o co oskarżyć.

Jednak w tej sprawie jest sporo pytań, na które prokuratura nie ma odpowiedzi, nie wyjaśnili ich też biegli. Nie udało się na przykład ustalić, czy kierujący busem 26-letni Maciej N. w czasie prowadzenia był pod wpływem amfetaminy czy nie. Po wypadku stwierdzono w jego krwi amfetaminę i alkohol, ale twierdził, że alkohol pił i wziął narkotyk po wypadku, bo był bardzo zdenerwowany wypadkiem.

Biegli są pewni, że to dziennikarka spowodowała wypadek, ale nie byli w stanie ustalić, w którym dokładnie miejscu do niego doszło, z jaką prędkością jechał bus i czy w ogóle hamował, bo ślady były niejasne. Nie zastanowiło ich też to, że uszkodzenia roweru były zadziwiająco niewielkie, jeśli przyjąć wersję prokuratury, że dziennikarka wjechała wprost w samochód. Nie została wyjaśniona kwestia zapisów zegarka sportowego dziennikarki – według niego ostatni odcinek trasy pokonała nie drogą, a polem znajdującym się przy niej.

Tak naprawdę jedynym dowodem na to, że dziennikarka wjechała z bocznej drogi prosto w samochód, są zeznania kierowcy i pasażera. Pasażerka, Oliwia P., zeznała, że niczego nie widziała, bo była wpatrzona w telefon. Co ciekawe, obaj mężczyźni mieli już kłopoty z prawem: kierowca odpowiadał za przestępstwa przeciwko mieniu i za bójkę, a Mateusz Cz. za przestępstwa przeciwko mieniu i za narkotyki.

Jednak skoro biegli uznali, że kierowcy nie można zarzucić ani spowodowania wypadku, ani przyczynienia się do niego, to nie ma go o co oskarżyć. A skoro nie ponosili winy, to ani ucieczka, ani zacieranie śladów, czyli naprawa busa, nie były przestępstwem. Ostatecznie więc kierowca i dwójka pasażerów zostali oskarżenia o nieudzielenie pomocy umierającej ofierze wypadku. Maciej N. i Oliwia P. chcą dobrowolnie poddać się karze: jemu grozi rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata, jej – 8 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata. Oboje mieliby też zapłacić po 5 tys. zł grzywny. Mateusz Cz. natomiast nie zdecydował się na poddanie karze.

Decyzja prokuratury została zaskarżona przez pełnomocnika męża Anny Karbowniczak właśnie ze względu na pytania, na które biegli nie odpowiedzieli. Ich zdaniem ustalenie tych faktów może całkowicie zmienić wiedzę o przebiegu zdarzeń.

Dodatkowym wątkiem tej sprawy – chociaż prokuratura uważa, że nie mają one ze sobą nic wspólnego – są anonimy, jakie dostawała dziennikarka w związku ze swoją pracą. Opisywała między innymi sprawę śmierci dwuletniego Marcela uduszonego przez matkę, do której doszło między innymi wskutek zaniedbań policji i prokuratury w marcu 2020 roku.

Jesienią 2019 roku do redakcji przyszedł anonim oskarżający ja o branie łapówek. Dwa anonimy dostała w sierpniu 2020 r. Autor jednego z nich napisał, że coś jej się złamie, jeśli nadal będzie się zajmować tą sprawą. W drugim oskarżono ją o nieetyczne działania, a autor podszył się pod rzecznika prasowego firmy Farmutil. 2 września dziennikarka powiadomiła o anonimach Prokuraturę Okręgową w Poznaniu, a nie rejonową w Chodzieży. Dzień później już nie żyła.

Policja zatrzymała dzięki prywatnemu śledztwu mieszkańców Chodzieży – bo nie tylko Anna Karbowniczak dostawała anonimy – emeryta Andrzeja S. Jak ustalił Onet.pl, charakter pisma zatrzymanego zgadza się z podpisem pod jednym z anonimów do dziennikarki – tym udającym list od rzecznika prasowego. List jest napisany na komputerze, ale podpis złożono ręcznie. Śledztwo w tej sprawie nadal trwa, nie wiadomo więc, czy śmierć dziennikarki i anonimy z groźbami to przypadkowa zbieżność wydarzeń – czy też nie.

5 1 vote
Oceń artykuł
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze