W gminie Powidz od piątku do niedzieli nie wolno podlać ogródka. Nie w wybranych godzinach – przez całą dobę. Od poniedziałku do czwartku zakaz obowiązuje od siódmej rano do dziesiątej wieczorem. Radni przyjęli uchwałę pod koniec czerwca, a obowiązuje ona do 15 września. Powód jest prozaiczny i niepokojący zarazem: wody w gminnej sieci jest za mało, żeby wystarczyło jej dla wszystkich naraz.
To jedna gmina w powiecie słupeckim. Ale mechanizm, który do tego doprowadził, obejmuje całą Wielkopolskę – i działa od dawna. Tylko wcześniej jakoś się układało.
Region, w którym deszczu zawsze było mało
Wielkopolska leży w cieniu opadowym. Masy powietrza znad Atlantyku oddają wilgoć na Pomorzu i w górach, a do środka kraju docierają już wysuszone. W Tatrach roczne sumy opadów przekraczają tysiąc milimetrów. Na Pojezierzu Wielkopolskim mieszczą się w przedziale od 480 do 580 mm.
Badania klimatologiczne z drugiej połowy XX wieku dały dla Wielkopolski średnią roczną na poziomie około 555 mm, przy krajowej średniej rzędu 600 mm. Ta różnica wygląda niewinnie na papierze. W praktyce oznacza, że region żyje na granicy – i każdy suchy rok od razu ją przekracza. W wieloleciu 1951-2000 najsuchszy rok w Poznaniu zamknął się sumą 275 mm. W Kaliszu w 2015 roku spadło 259 mm, czyli mniej więcej tyle, ile w Tatrach potrafi spaść w ciągu jednego wilgotnego miesiąca.
Wielkopolska nie stała się sucha. Wielkopolska zawsze była sucha. Zmieniło się coś innego – temperatura.
Nie liczy się, ile spadnie. Liczy się, ile zostanie
Klimatolodzy używają wskaźnika, który brzmi jak z urzędowego pisma, a opisuje rzecz banalnie prostą: ile wody spadło, a ile w tym samym czasie wyparowało. Kiedy wynik jest ujemny, gleba oddaje więcej, niż dostaje. W ciepłej połowie roku niedobór na Pojezierzu Wielkopolskim sięga 240 mm i należy do najwyższych w kraju.
Gorące lato pogłębia ten rachunek podwójnie. Wyższa temperatura oznacza szybsze parowanie, a mocno przesuszona gleba zachowuje się jak twarda skorupa – woda po niej spływa, zamiast wsiąkać. Dlatego gwałtowna lipcowa ulewa, która potrafi zalać ulicę i wywołać wrażenie, że deszczu było aż nadto, w bilansie wodnym regionu znaczy niewiele.
Do tego dochodzi coś, czego nie widać z drogi. O wysychaniu Wielkopolski świadczą nie tylko coraz częściej przesuszone gleby, ale także zanikające mokradła oraz obniżający się poziom wód gruntowych, jezior i rzek. Składają się na to dwa procesy: wieloletnie odwadnianie krajobrazu oraz rosnąca presja na zasoby wodne. Przez dziesięciolecia wodę z pól uczono uciekać jak najszybciej. Dziś okazuje się, że uciekła.
Skutki widać również nad samą ziemią. Latem nad wysuszonymi polami coraz częściej unoszą się chmury pyłu przypominające miniaturowe burze piaskowe. To nie kadr z filmu o amerykańskim Zachodzie. To zwykłe lipcowe popołudnie w Wielkopolsce.
Rzeki na trybie oszczędnym
Susza ma trzy piętra. Zaczyna się od meteorologicznej, czyli od braku opadów. Potem przechodzi w rolniczą, gdy wody brakuje roślinom w glebie. Na końcu jest hydrologiczna – kiedy spada poziom w rzekach, jeziorach i warstwach wodonośnych. Wielkopolska jest na tym trzecim piętrze.
Na początku lipca Wody Polskie informowały, że ostrzeżenia przed suszą hydrologiczną obowiązują w 64 zlewniach w całym kraju, w tym w zlewniach Warty i Noteci. Alerty objęły w tym roku również Drawę i Kanał Mosiński. Wydaje się je wtedy, gdy przepływ na wybranych stacjach przez co najmniej dziesięć dni utrzymuje się poniżej typowego niskiego poziomu.
Jest jeszcze jedna liczba, która rzadko pojawia się w rozmowach o suszy. Na jednego mieszkańca Polski przypada rocznie około 1,5 tys. m sześc. wody – podczas gdy w większości krajów europejskich zasoby przekraczają 5 tys. Nie jesteśmy krajem, który stać na marnowanie deszczu. A Wielkopolska nie jest regionem, który stać na to najbardziej.
Miasto ma własną wersję suszy
W Poznaniu susza wygląda inaczej niż na polu. Objawia się falami upałów, które beton, asfalt i kostka brukowa potrafią wzmocnić o kilka stopni. Nagrzane powierzchnie oddają ciepło jeszcze długo po zachodzie słońca, a nocą miasto nie zdąży ostygnąć. Jednocześnie każdy kolejny wybetonowany podjazd odcina wodzie drogę do gruntu.
Skutki zdrowotne są konkretne. Zaburzenia snu, dolegliwości układu oddechowego i krążenia, wyczerpanie cieplne, udary – najbardziej narażone są osoby starsze, dzieci i przewlekle chore. Poza miastem lista wygląda inaczej: obumierające sosny, zakwity sinic w jeziorach, pożary lasów i torfowisk. A na końcu tego łańcucha jest coś, co dotyka wszystkich niezależnie od adresu – ceny żywności.
Susza nie przychodzi z hukiem. Nie ma w niej niczego, co dałoby się sfilmować w kilka sekund. Dlatego mija tyle czasu, zanim ktokolwiek uzna ją za kryzys.
Generał, który wiedział to dwieście lat temu
Odpowiedź na pytanie, jak zatrzymać wodę w wielkopolskim krajobrazie, rośnie pod Kościanem od dwóch stuleci.
Dezydery Chłapowski, oficer armii napoleońskiej, od 1815 roku gospodarował w rodzinnej Turwi. Nowoczesnego rolnictwa uczył się w Anglii i po powrocie zerwał z trójpolówką na rzecz płodozmianu. W latach dwudziestych XIX wieku zaczął sadzić między polami pasy drzew – lipy, topole, robinie, wzdłuż cieków olsze, przy drogach czereśnie i jabłonie. Chodziło o osłonę przed wiatrem, który wywiewał nasiona i kładł zboża, a przy okazji o drewno i pożytek dla pszczół.
Prawdziwy sens tych nasadzeń poznano dopiero później. Od 1954 roku w pałacu w Turwi działa stacja badawcza Polskiej Akademii Nauk, która zajęła się rolą zadrzewień w krajobrazie rolniczym. Badania pokazały, że pasy drzew ograniczają erozję wodną i wietrzną, hamują obniżanie się poziomu wód gruntowych i zatrzymują spływ zanieczyszczeń z pól. Generał sadził je dla plonów. Wyszła z tego infrastruktura wodna.
W 1992 roku teren objęto ochroną jako Park Krajobrazowy im. gen. Dezyderego Chłapowskiego. Zajmuje ponad 17 tys. hektarów, a lesistość nie przekracza tam 15 procent – to nie jest park w potocznym rozumieniu, tylko zwyczajne pola, które ktoś dwieście lat temu obsadził drzewami i które dzięki temu inaczej znoszą suszę.
Co się dzieje teraz
Drugiego kwietnia tego roku w Sali Lubrańskiego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza czternaście instytucji podpisało list intencyjny w sprawie przeciwdziałania skutkom suszy w Wielkopolsce. Wśród sygnatariuszy znalazły się między innymi Urząd Marszałkowski, Wody Polskie, Lasy Państwowe, IMGW oraz poznańskie uczelnie.
List intencyjny nie zatrzyma ani litra wody. Zatrzymują ją konkretne rzeczy: zastawki, oczka wodne, rozebrany beton, zbiornik pod rynną.
Poznański fundusz uruchomił program „Chroń Wodę„ dla gmin do 30 tys. mieszkańców – dotacja pokrywa do 70 procent kosztów budowy zbiorników, urządzeń wodnych czy odtwarzania naturalnych ekosystemów retencyjnych. Osoby prywatne mogą sięgnąć po „Mikroretencję”: nabór ruszył 22 czerwca i prowadzony jest w trybie ciągłym, a dofinansowanie sięga 90 procent kosztów, maksymalnie 8 tys. zł. Warunek jest prosty – zbiorniki o pojemności co najmniej dwóch metrów sześciennych i minimum 50 metrów kwadratowych powierzchni, z której zbierana jest woda.
Poznań ma własny program. Pierwsza edycja „Zielonej Retencji” ruszyła 10 czerwca, wnioski przyjmowano do końca miesiąca. Miasto dopłaca do zbiorników na deszczówkę, ogrodów deszczowych i zazieleniania ścian – osoby fizyczne mogły otrzymać nawet 26 tys. zł, wspólnoty i spółdzielnie kilkakrotnie więcej.
Sumy nie są zawrotne. Ale zmiana, o którą tu chodzi, nie polega na jednej wielkiej inwestycji, tylko na tysiącach małych – w skali podwórka, boiska, przydomowego podjazdu.
W połowie września w Powidzu zakaz podlewania wygaśnie. Powietrze będzie wilgotniejsze, zapotrzebowanie spadnie, ciśnienie w rurach się wyrówna i wszystko wróci do normy. Do czasu. Pytanie na przyszłe lato nie brzmi, czy przyjdzie kolejny suchy rok – tylko ile z tego, co spadnie do tego czasu, zdążymy zatrzymać.