Wracasz o jedenastej wieczorem, otwierasz okno na oścież i czekasz na przeciąg. Nic. Powietrze na klatce, na podwórku i w mieszkaniu ma tę samą temperaturę, a ściana od strony południowej wciąż jest ciepła w dotyku. Tymczasem twój kolega spod Poznania właśnie napisał, że u niego zrobiło się chłodno. Nie zmyśla. Wy po prostu jesteście w dwóch różnych klimatach oddalonych o kwadrans jazdy.
Dzień wyrównuje, noc dzieli
Za dnia różnice są niewielkie, bo powietrze się miesza i temperatura wyrównuje się nad całym obszarem. Wieczorem zaczyna się rozjazd. Pola i lasy szybko oddają ciepło w niebo i stygną. Miasto ma pod sobą warstwy asfaltu, betonu i cegły, które przez cały dzień ładowały się energią, a teraz oddają ją powoli, godzina po godzinie – dokładnie jak piec akumulacyjny.
To zjawisko nazywa się miejską wyspą ciepła i w Poznaniu jest solidnie zmierzone. Badania opierały się na sieci automatycznych stacji rozstawionych w różnych typach zabudowy, a punktem odniesienia była stacja Poznań-Ławica, leżąca poza zwartym miastem. Dla śródmieścia średnia różnica wychodzi w okolicach jednego stopnia, ale to średnia liczona przez cały rok, razem z listopadowymi mżawkami. W sprzyjających warunkach maksima sięgały sześciu i siedmiu stopni.
Najsilniejsza jest między dziewiątą wieczorem a trzecią w nocy, wiosną i latem. Czyli dokładnie wtedy, kiedy człowiek próbuje zasnąć.
Nie każdy adres jest taki sam
Wyspa ciepła nie rozkłada się równo. Najmocniej odczuwa ją zwarta zabudowa śródmiejska, gdzie kamienice stoją ścianą, a między nimi jest bruk i parkujące auta. Osiedla wysokiej zabudowy wypadają wyraźnie łagodniej, bo między blokami zostaje trawa i przestrzeń, przez którą powietrze ma którędy iść. Im dalej od centrum i im mniej zabudowany teren, tym zjawisko rzadsze i słabsze.
Warto przy tym zachować proporcje. Notowane w Poznaniu maksima są niższe niż w Łodzi, gdzie sięgnęły dwunastu stopni, i niższe niż we Wrocławiu z dziewięcioma. Częściowo chodzi o wielkość miasta, częściowo o długość serii pomiarowych.
To akurat ranking, w którym nikt nie chce zajmować wysokich miejsc.
Plan sprzed dziewięćdziesięciu lat
Najciekawsze jest to, że Poznań ma odpowiedź na ten problem wpisaną w plan miasta, i to od dawna. W latach 1930-1934 architekt miejski Władysław Czarnecki, przy konsultacji przyrodniczej profesora Adama Wodziczki, opracował klinowo-pierścieniowy system zieleni. Kliny poprowadzono dolinami rzek – Warty, Bogdanki i Cybiny – a spięto je z pierścieniem terenów po pruskich fortyfikacjach.
Cel był podwójny i bardzo praktyczny: ochrona wód i przewietrzanie miasta. Chłodne powietrze znad łąk, lasów i dolin miało wnikać klinami do środka, zamiast zatrzymywać się na krawędzi zabudowy. Cztery główne kliny – naramowicki, dębiński, golęciński i cybiński – rozszerzają się od śródmieścia w stronę granic Poznania i widać je na mapie do dziś.
Ktoś zaprojektował to dziewięćdziesiąt lat temu, nie znając pojęcia miejskiej wyspy ciepła. Po prostu zauważył, że w mieście trudniej oddycha się latem, i zbudował z tego zasadę urbanistyczną.
Co naprawdę obniża temperaturę
Fizyka jest tu mało romantyczna i całkiem konkretna. Drzewo chłodzi na dwa sposoby: daje cień, więc nawierzchnia pod nim nie magazynuje ciepła, i paruje wodę, na co zużywa energię, która inaczej poszłaby na podgrzanie powietrza. Betonowy plac nie robi ani jednego, ani drugiego. Jasne nawierzchnie odbijają więcej promieniowania niż ciemne, więc nagrzewają się słabiej.
Reszta sprowadza się do wody. Powierzchnia, przez którą deszcz wsiąka, ma z czego parować przez kolejne dni; taka, z której spływa on prosto do kanalizacji, wysycha w kilka godzin. Stąd bierze się rosnące zainteresowanie ogrodami deszczowymi i przepuszczalnymi nawierzchniami – w lipcu Poznańskie Inwestycje Miejskie ogłosiły poszukiwanie wykonawcy takich rozwiązań przy trzech placówkach oświatowych, gdzie deszczówka ma być zatrzymywana na miejscu i wykorzystywana do podlewania zieleni.
Żadne z tych rozwiązań nie działa z dnia na dzień. Drzewo posadzone w tym roku zacznie realnie chłodzić za dekadę lub dwie – i to jest cała trudność tego tematu.
Na najbliższy tydzień
Kolejne dni mają przynieść w Poznaniu okolice trzydziestu dwóch stopni, więc doraźnie liczy się to, co pod ręką. W parkach i przy popularnych traktach spacerowych działają zdroje Aquanetu z wodą pitną, między innymi w Parku Chopina, Parku Sołackim, przy moście Jordana, na Ostrowie Tumskim i przy Maltance, a także na Starym Rynku, placu Wolności oraz przy Świętym Marcinie. Podczas czerwcowej fali upałów miasto uruchamiało dodatkowo beczkowozy, mgławice wodne i kurtyny w najbardziej ruchliwych punktach.
W komunikacji miejskiej klimatyzację ma cały tabor autobusowy MPK i blisko siedemdziesiąt procent tramwajów. Fontanny odpadają, i to nie z powodu urzędniczej złośliwości: woda w nich nie jest badana sanitarnie ani przeznaczona do kontaktu ze skórą, a za kąpiel można dostać mandat.
Domową część każdy zna, choć rzadko stosuje konsekwentnie: rolety zasłonięte za dnia, okna otwarte dopiero w nocy, wysiłek fizyczny przesunięty poza godziny między dwunastą a siedemnastą. Seniorzy, małe dzieci i osoby przyjmujące leki na stałe znoszą upał najgorzej.
Ciepła ściana o północy
Za kilka dni fala minie i wszystko wróci do normy. Ale przyłóż dziś dłoń do ściany kamienicy o północy, a poczujesz to, czego nie widać w prognozie: miasto nie tylko przyjmuje upał, ono go przechowuje i oddaje ci go wtedy, kiedy najbardziej chcesz odpocząć.
Dlatego kliny zieleni nie są dekoracją ani sentymentem po międzywojennym urbaniście. To najstarsza klimatyzacja, jaką ma Poznań – i jedyna, która działa, kiedy zabraknie prądu.