Podróż pociągiem do Poznania? Tłok, upał i za mało połączeń

Poznań PKP dworzec Poznań Główny fot. Sławek Wąchała

Duszno, tłoczno i gigantyczne opóźnienia. Pasażerowie dojeżdżający pociągami do pracy, szkoły czy na uczelnię z podpoznańskich miejscowości narzekają na warunki podróży. Czy jest szansa na zmiany?

Problem nie jest nowy – od kilku lat piszemy o skargach mieszkańców miejscowości leżących na trasie między Poznaniem a Gnieznem. Tam pasażerowie mają problem, żeby w ogóle wsiąść do pociągu, jeśli nie wsiadają w samym Gnieźnie lub Pobiedziskach.

Okazuje się, że problem dotyczy nie tylko tej jednej trasy, ale w zasadzie wszystkich tras dojazdowych do Poznania. Na warunki podróży narzekają także pasażerowie jadący trasami z Wągrowca, Piły, Zbąszynka czy Konina. Zarzuty są identyczne: pociągi w godzinach szczytu, czyli rano przed godziną 8.00 i po południu od godziny 16.00 są przepełnione i na dalszych stacjach nie sposób do nich wejść. Jest też duszno, bo klimatyzacja albo nie działa – albo przy tym tłoku nie daje rady. Zdarzają się więc omdlenia, co oznacza spóźnienie pociągu – bo musi przecież poczekać, aż nieprzytomnego pasażera zabierze karetka.

Jak zwraca uwagę Głos Wielkopolski, w tym roku sytuacja jest jednak jeszcze gorsza, choć w minionych latach już była zła. Więcej osób, zwłaszcza studentów z podpoznańskich miejscowości, którzy dotąd dojeżdżali samochodami na zajęcia, teraz przesiadło się do pociągów ze względu na koszty paliwa. Dowodem na to jest fakt, że tłok w pociągach jeszcze się zwiększył od początku października, co zgodnie potwierdzają stali pasażerowie tych połączeń.

W efekcie do pociągów jadących między 7.00 a 8.00 ze Zbąszynka do Poznania nie sposób wsiąść już w Dopiewie. To tu pasażerowie byli świadkiem omdleń, bo było włączone ogrzewanie, więc przy tłoku szybko zrobiło się gorąco nie do wytrzymania. To samo jest w pociągu jadącym z Konina – tu problem jest już we Wrześni. Pociągi z Gniezna są zapchane już na stacji w Gnieźnie, problem mają pasażerowie z Pobiedzisk. Osoby dojeżdżające z Obornik także mają problem, żeby wsiąść, bo pociąg jest zapchany pasażerami jadącymi z Piły, a dojeżdżający z Murowanej Gośliny, Owińsk czy Czerwonaka nie zawsze się mieszczą do pociągu jadącego z Wągrowca.

Pasażerowie są oburzeni, składają skargi do przewoźników, PolRegio i Kolei Wielkopolskich, jednak sytuacja się nie poprawia. I raczej nie można mieć nadziei, by poprawiła się w najbliższym czasie. PolRegio poinformowało gazetę, że dysponuje ograniczoną pojemnością składów, a to, ile pociągów puszcza na trasy, wynika także z wielkości umów podpisanych z Urzędem Marszałkowskim Województwa Wielkopolskiego.

UMWW ma możliwość zwiększenia liczby pociągów i ich długości na regionalnych trasach – zwłaszcza że przecież ma też swojego przewoźnika, czyli Koleje Wielkopolskie. Dlaczego więc w podmiejskich pociągach jest tak koszmarny tłok?

Jak poinformował Głos Wielkopolski Robert Pilarczyk, dyrektor Departamentu Transportu UMWW, przewoźnicy, z którymi urząd ma podpisaną umowę, mają obowiązek zbadać frekwencję w swoich pociągach i reagowania w ramach posiadanej rezerwy taborowej, gdy jest tłok. I przewoźnicy to robią, jak zapewniają Koleje Wielkopolskie. Te dane gromadzą specjalne urządzenia, poza tym drużyny konduktorskie w swoich raportach mają obowiązek informowania, jeśli był tłok. I wtedy przewoźnik, w miarę posiadanych możliwości technicznych i taborowych reaguje na sytuację, na przykład wysyłając skład o większej pojemności. Niedawno właśnie wzmocniono skład pociągu z Mogilna o 5.54 do Poznania – teraz kursuje podwójny.

Według dyrektora Pilarczyka wzmocnione zostały też poranne pociągi ze Zbąszynka, Gniezna i Wągrowca – na tyle, na ile to było możliwe, bo kupno nowego taboru to proces długotrwały i kosztowny. Jednak na nowe połączenia, przynajmniej na razie, lepiej na tych trasach nie liczyć, bo przepustowość torów także ma swoje granice, nie mówiąc już o ewentualnych problemach wynikających z ich stanu technicznego. Poza tym torami zarządza PKP PLK i to od tej spółki zależy, czy pozwoli na puszczenie kolejnych pociągów czy też nie.

Samorządy zachęcają obywateli do przesiadania się do komunikacji publicznej, zamiast jeździć własnymi samochodami. Jednym z argumentów jest ten, że pociągi nie stoją w korkach. Jest on jednak średnio pocieszający dla tego pasażera, który chciał pojechać pociągiem, ale się do niego zwyczajnie nie zmieścił – zwłaszcza jeśli zapłacił za bilet miesięczny około 200 zł lub więcej.

Podziel się: