stoisko wolontariuszy dla uchodźców, dworzec PKP fot. L. Łada

Uchodźcy z Ukrainy: „Na pewno w Poznaniu będzie nam dobrze”

Stoją całe noce na zimnie przed dworcem PKP, są w Arenie, na MTP, ogarniają pomoc żywnościową, opiekę nad dziećmi i tłumaczy. Poznańscy wolontariusze pokazują swoją klasę pomagając uchodźcom z Ukrainy.

W piątkowy wieczór poznański dworzec PKP jest wyjątkowo ożywiony. Wprawdzie piątek przed weekendem jest zawsze bardziej tłocznym dniem, ale po 21.00 nawet w piątek ruch się zmniejsza. Pociągów jest mniej, zamykane są dworcowe sklepy i kioski, mało które są czynne do 22.00. Jeśli ktoś przyjedzie po 22.00, ma do wyboru tylko automaty z kawą i słodyczami oraz przekąskami. No i wolontariuszy.

Trzy stoiska i punkt informacyjny

Stoiska wolontariuszy na dworcu są trzy, wszystkie stworzone oddolnie przez różne organizacje. Na stoisku w holu dworca rządzi pani Asia, na stoisku przed dworcem – pani Kasia, oczywiście podczas tej jednej zmiany, bo rano zastąpi je ktoś inny. Obie muszą ogarniać przynoszoną pomoc, rozmawiać z uchodźcami i jeszcze być na bieżąco z tym, gdzie jeszcze są wolne miejsca. To sporo pracy.
– Uchodźcy pojawiają się przez cały dzień, ale niewielu – opowiadają wolontariusze z holu dworca. – Te duże grupy pojawiają się wieczorem i wtedy naprawdę jest dużo pracy.

Ale nawet kiedy nie ma uchodźców, to przy stoisku sporo się dzieje. Dosłownie co kilka minut podchodzi ktoś i przynosi dla uchodźców a to batoniki, a to jogurty, kanapki, wodę mineralną. To wszystko zniknie, gdy pojawią się przybysze z Ukrainy. Wielu z nich w Poznaniu tylko się przesiada: czeka tu na pociąg do Berlina, Szczecina czy Wrocławia. Przez dwie, trzy godziny czekania w holu będą mogli odsapnąć, coś zjeść i wypić – gdyby nie wolontariusze, mieliby do wyboru tylko automaty. Całe szczęście, że toalety są bezpłatne, zgodnie z obietnicą wojewody. Całą dobę działa też punkt informacyjny.

Namiot strażaków i całe rzędy stołów

Znacznie większe stoisko znajduje się przed budynkiem starego dworca. To efekt spięcia z zarządcą dworca, który pozwolił tylko na jeden stolik w holu, bo uznał, że będzie za ciasno. Wolontariusze rozstawili się więc na zewnątrz, gdzie jest więcej miejsca i namiot, w którym uchodźcy mogą się ogrzać i odpocząć, a także dostać gorącą herbatę, kawę i zupę. Namiot rozstawili strażacy i to oni pomagają wolontariuszom przez całą noc.

Coś w rodzaju filii tego stoiska znajduje się w przejściu podziemnym przy peronie piątym. To na ten peron przyjeżdżają te wieczorne pociągi z Krakowa i Przemyśla, którymi do Poznania dostaje się najwięcej uchodźców. To stoisko też jest bardzo potrzebne, żeby uchodźcy nie pogubili się na naszym dworcu. To wygodne też dla tych przyjeżdżających, którzy od razu mają przesiadkę na inne pociągi – wtedy idą tylko przejściem podziemnym na kolejny peron i dostają pomoc – dosłownie – w biegu.

Ale tu także w ciągu dnia jest niewielki ruch, pojawiają się pojedyncze osoby.
– Najwięcej osób przyjeżdża wieczorem, tym pociągiem z Przemyśla – mówi pani Kasia. – Powinien być o 22.27, ale nigdy nie wiadomo, o której, bo się spóźnia. Raz nawet o 5 godzin. Tych, którzy przyjeżdżają, kierujemy do punktu recepcyjnego na MTP. Tam już podobno nie ma miejsc, ale przewożą ich busami do Areny. W Arenie miejsca jeszcze są.

Do stoiska co chwila ktoś pochodzi: a to pani z paterą ciastek, pani z kartonem musów owocowych w saszetkach dla dzieci, młody chłopak z całą paletą soczków w kartonikach. Przyszła też cała grupa osób z zestawami kosmetyków. Ale nie chcą powiedzieć, skąd są.
– Myśmy to tak przywieźli, bo jest potrzeba, z serca, a jeśli powiem, skąd, to zaraz będzie, że sobie reklamę robimy na uchodźcach – wyjaśnia jeden z darczyńców.

Para młodych ludzi przywiozła dwa kartony kanapek. Ustawili je w kartonach przed stołem i pieczołowicie napisali na pokrywkach po rosyjsku, które kanapki są z serem i szynką, a które na słodko. Kanapki są też pakowane przez wolontariuszy w większe paczuszki, razem z batonikiem lub paczką ciastek, wodą mineralną lub butelką soczku, bo wielu uchodźców spieszących się na pociąg dostaje od razu gotowe paczki, żeby nie tracili czasu.

Wszystko przynoszą ludzie

Wszystko, co mają do rozdania wolontariusze, to dary serca zwykłych ludzi. Nie ma tu żadnej instytucjonalnej pomocy. A jak coś zostanie, to przekażą to do punktu recepcyjnego na targach, który też jest otwarty całą dobę i zawsze jest tam ruch. Bo nawet jak nie przyjeżdżają pociągi, to uchodźcy przychodzą po informacje, żeby się zarejestrować, dostać zaświadczenie do bezpłatnych przejazdów i w wielu innych sprawach. Tam jedzenie na pewno się nie zmarnuje.

Pociąg z Przemyśla znów się spóźnia. Nie bardzo można się zorientować, o ile, bo rozkład jazdy, ten na peronie pierwszym przy przystankach autobusowych, nie działa. Pociąg zniknął z niego, gdy minęła właściwa godzina jego przyjazdu, mimo że już wtedy widniała przy niej informacja o półgodzinnym opóźnieniu. Wolontariusze sprawdzają więc w rozkładach jazdy online i wychodzi im, że pociąg ma nie pół godziny, ale ponad godzinę spóźnienia.
– Tyle godzin – mówi ktoś z wolontariuszy. – Biedni, uciekli przed wojną i jeszcze muszą jechać tyle godzin spóźniającym się pociągiem!
– Oby przynajmniej mieli ciepło – dorzuca ktoś inny. Bo o 23.30 przed dworcem PKP w Poznaniu jest zimno. Przynajmniej -3 stopnie Celsjusza. Wolontariusze wchodzą na zmianę do namiotu, żeby się ogrzać. I przepakować kolejne dary, które napływają, i przygotować gorącą zupę i herbatę dla przyjeżdżających.

Przyjechali uchodźcy

Wszystko jest gotowe, gdy wreszcie uchodźcy z Ukrainy docierają do Poznania. Można ich poznać od razu, choć na peronach jest znacznie więcej ludzi niż zazwyczaj o tej porze. Bije od nich przerażający smutek, który nie wynika tylko ze zmęczenia jazdą przez całą Polskę. Nieśmiało sięgają po herbatę, dopiero po zaproszeniu podchodzą do stoisk, żeby coś dla siebie wybrać. Matki i babcie wybierają soki, kanapki i jogurty dla dzieci. Wszyscy przygaszeni, smutni, nawet dzieci są ciche i przestraszone. Ten lęk w dziecięcych oczach – to pierwsze, co się zauważa patrząc na te maluchy.

– Jedziemy ze wschodu już trzy dni – opowiada Swieta, która przyjechała z pięcioletnią córeczką Leną. – Pod Charkowem nas bombardowali, uciekliśmy. Mąż doprowadził nas do granicy i wrócił walczyć, a my tutaj dalej. Nie mamy nikogo w Polsce, więc było nam wszystko jedno, dokąd pojedziemy. Powiedzieli, jedźcie do Poznania, to do Poznania. Teraz tylko żeby się umyć, przespać…

Lena chowa się za mamą. Ma zaczerwienione oczy, bo dużo płakała. Nie chce porozmawiać, nie chce też lalki ani misia. Zapytana o to, czego by chciała, wygina buzię w podkówkę.
– Chcę do domu – mówi cichutko. – I do taty.

Witalij i jego żona Marina są spod Kijowa, a docelowo jadą do Wrocławia, gdzie mają krewnych. Są z mieszanej rodziny, ukraińsko-polskiej.
– Można powiedzieć, że nam się udało, nie jedziemy w nieznane, z krewnymi mamy stały kontakt, i przed wojną często się odwiedzaliśmy – opowiada Witalij i wyjaśnia, że jego ojciec i matka kuzynki z Wrocławia byli rodzeństwem. W czasie wojennego zamieszania rodzina się pogubiła, znaleźli się dopiero długo po wojnie, ojciec w Polsce, a jego siostra na Ukrainie.
– Dom na nas czeka i przyjaciele, i to jest bardzo dobrze – mówi Witalij. – Ale strach jest, bo w Kijowie został nasz syn i dwóch wnuków. Wszyscy w armii i walczą, a synowa w obronie terytorialnej, bo powiedziała, że ich nie zostawi.

Uchodźców przybywa: ktoś prosi o pomoc, bo chce się dostać na dworzec autobusowy – któryś z wolontariuszy biegnie, żeby zaprowadzić, już wiedzą, że tłumaczenie, nawet najlepsze, nie zdaje się na nic. Nie da się osobie spoza Poznania wytłumaczyć, jak ma z peronu pierwszego dotrzeć na dworzec autobusowy, zwłaszcza że na samym dworcu nawet nie ma jego nazwy. Kolejna osoba jedzie do Berlina i pyta, czy może jechać za darmo, jako uchodźca? Ona z kolei została zaprowadzona do punktu informacyjnego wojewody, bo tam dostanie najbardziej precyzyjne informacje. Kolejni uchodźcy pytają o pociągi do Szamotuł, Szczecina i do Wrocławia. Niektórzy jadą do przyjaciół i krewnych, innym po prostu podano nazwę miasta.

Nikt nie jedzie z jedna torbą, widać, że o wszystkich już zadbano, przede wszystkim zaopatrzono w cieplejsze ubrania. Gdy jednak komuś czegoś brakowało, to obok stoiska z jedzeniem i napojami było stoisko z odzieżą dla dzieci, kobiet i mężczyzn. Powodzeniem cieszyły się też wilgotne chusteczki, zwłaszcza te dla dzieci, musy owocowe, a także kosmetyki, zwłaszcza kremy do twarzy. Okazało się, że nie było podkładów dla zwierząt, a przydałyby się, bo całkiem sporo osób przyjechało ze swoimi pupilami.

„Na pewno w Poznaniu będzie mi dobrze”

Kolejną grupę strażacy wiozą bezpośrednio do Areny, bo w halach targowych, jak się okazuje, nie ma już miejsc.
– Zapełniają się błyskawicznie – mówi pani Kasia. – Te w Arenie też szybko się skończą.
Strażacy proszą o tłumacza, bo okazuje się, że w Arenie brak, a na dworcu są co najmniej cztery osoby, które umieją się porozumieć z uchodźcami. Jeden z nich bez namysłu wsiada do autobusu, chociaż jest pierwsza w nocy i chociaż mieszka na przeciwległym krańcu miasta.
– To jeszcze dwie godziny drogi? A pociąg dopiero za godzinę? – mówi zrozpaczona starsza kobieta, która dotarła z Charkowa i ma jeszcze jechać do Wrocławia. – Ja już trzy doby jadę, nie mam siły…

Podano jej nazwę Wrocław jako miasta docelowego, ale nie jest pewna, dlaczego, bo była tak zmęczona i przerażona, że zapamiętała tylko nazwę miasta.
– Nie mam w Polsce rodziny ani przyjaciół, jadę w ciemno – mówi i uśmiecha się. – To znaczy: nie miałam. Bo teraz mam cały kraj przyjaciół. Mogę zostać i w Poznaniu. Na pewno będzie mi dobrze.

Według szacunków Urzędu Miasta Poznania do stolicy Wielkopolski dotarło co najmniej 20 tysięcy uchodźców, a bardzo prawdopodobne, że nawet jeszcze raz tyle, bo wiele osób korzysta z gościny krewnych i przyjaciół. Na pewno wydano jak dotąd 10 tysięcy zaświadczeń o bezpłatnej komunikacji, jak poinformował na swoim profilu Mariusz Wiśniewski. Do Polski od 24 lutego, jak poinformowała straż graniczna, przyjechało z Ukrainy około 1 600 000 uchodźców.