Trzy punkty po ciężkim meczu

Lech Poznań pokonał na własnym stadionie zespół Tadeusza Pawłowskiego – Śląsk Wrocław – 2:0 po bramkach Amarala oraz Gytkjaera. Były to pierwsze 3 punkty zdobyte przez Adama Nawałkę w roli trenera gospodarzy.

Do piątkowego spotkania obie ekipy przystępowały po porażce we wcześniejszej kolejce. Lechici przegrali 1:0 z Cracovią, zaś Śląsk odpadł we wtorek z Pucharu Polski z Miedzią Legnica, a także wcześniej piłkarze Tadeusza Pawłowskiego musieli uznać wyższość lidera Lotto Ekstraklasy, Lechii Gdańsk. Zadanie dla dwóch drużyn było jasne: tylko trzy punkty, jakby miało nie być jutra. Zapowiadało sie, że będzie to ciekawy mecz. Niestety, nie był.

Zawodnicy Adama Nawałki stwarzali sytuacje, aktywny był zwłaszcza Amaral, który często zagrywał do Gytkjaera, jednak ten za każdym razem nie potrafił pokonać Jakuba Słowika. Kiepsko na skrzydłach spisywali się zarówno Makuszewski, jak i do momentu groźnie wyglądającej kontuzji – Jóźwiak. Śląsk nie porywał, choć to goście byli bliżej objęcia prowadzenia po tym, jak piłka po strzale Chrapka minimalnie minęła słupek bramki Buricia. Lech przeważał, do przerwy miał prawie 80 procent posiadania piłki, jednak na tablicy wyników nie było żadnych zmian.

W ekipie gospodarzy coś drgnęło, kiedy na murawie pojawił się Radut oraz Klupś. Rozruszali nieco zastygnięte skrzydła “Kolejorza”. Lech w ostatnich dwudziestu minutach stwarzał sobie coraz to groźniejsze okazje, aż wreszcie piłkę wywalczył sobie Amaral, minął dwóch piłkarzy i z dystansu zdobył przepiękną bramkę. Wymowna była także cieszynka Portugalczyka, który po strzelonym golu upadł na kolana i zwyczajnie się popłakał. Gołym okiem było widać, że czekał na tę bramkę od dawna, a po pokonaniu Słowika, wyraźnie odetchnął z ulgą.

Fatalny, wręcz tragiczny był stan murawy na stadionie w Poznaniu. Trawa wyglądała tak, jakby przed meczem przebiegało przez nią stado dzików. Padający deszcz podczas całego meczu dodatkowo nie pomógł zawodnikom obu drużyn, więc w jakimś stopniu kiepską grę można było dzisiaj usprawiedliwić. W doliczonym czasie gry wynik ustalił Christian Gytkjaer, a co warto podkreślić, całą akcję wypracował Mihai Radut, który odebrał piłkę Golli i rozpoczął kontratak poznaniaków  – piłkę do Duńczyka zagrał Janicki, a snajper “Kolejorza” nie miał większych problemów z pokonaniem bramkarza gości. Mamy nadzieję, że najgorsze mecze w tym sezonie są już za Lechem Poznań.