Sprawdzaliśmy plac Kolegiacki w Poznaniu. Co z tą betonozą?

Plac Kolegiacki Poznań fot. Sławek Wąchała

Jak to jest z tym placem Kolegiackim? Jest betonoza czy nie? Przybyło zieleni czy ubyło? Postanowiliśmy sprawdzić. Znaleźliśmy jeden fatalny błąd i kilka wątpliwych rozwiązań – ale betonozy jakoś nie.

Zacznijmy od tego właśnie określenia: betonoza. Bardzo ostatnio modne, ma wzięcie, a oznacza dużą przestrzeń zalaną betonem i bez zieleni. I ostatnio często się go używa wobec placu Kolegiackiego.

Kamień to nie beton

Wychodząc z tej definicji na placu Kolegiackim betonozy nie ma. Są gustownie ułożone i naprawdę ładne kamienne kostki – a kamień to nie beton. W części placu, mniej więcej u wylotu Koziej, można się przyczepić do ułożenia tej kostki, w tym miejscu się najwyraźniej komuś poziomica skończyła, ale cała reszta wygląda bardzo dobrze. I nie tylko dlatego, że jest o niebo lepsza niż na przykład nawierzchnia Świętego Marcina z psychodelicznymi czarnymi pasami.

Kolejny zarzut – brak zieleni. Rzeczywiście: nie da się ukryć, że okazały trawnik ze środka placu zniknął i teraz jest tam wyłożona kamienną kostką przestrzeń. Jeśli jednak ktoś przyjrzy się temu w realu, do czego zachęcamy, a nie na zdjęciach, mniej lub bardziej zmanipulowanych, sam stwierdzi, że różnica jednak nie razi, bo na placu będzie sporo elementów przyciągających uwagę, co widać nawet teraz, gdy jeszcze nie jest skończony. No i po północnej stronie, tak, by padało południowe słońce, mamy drzewa, których tam wcześniej nie było. I nie rosną w „kratkach” – są niewielkie trawniki.

Zieleń – jest

To już duży postęp w porównaniu do malutkich przestrzeni wolnych od kamienia, w których rosną drzewa na Świętym Marcinie. Jednak trzeba sobie powiedzieć szczerze: trawniki w centrum Poznania, o ile nie są wyniesione w górę na przynajmniej pół metra, mają małe szanse, żeby przetrwać. Już pomijając kwestię trudności w utrzymaniu – będą albo rozdeptane, jeśli tamtędy prowadzi wygodny skrót – albo rozjechane, jeśli da się tam zostawić samochód, najlepiej pod drzewem, bo w cieniu.

To jeden z rzadziej przytaczanych powodów, dla których władze miasta unikają zakładania trawników – no cóż, trochę głupio powiedzieć swoim współobywatelom „nie założymy wam tu trawnika, bo rozdepczecie”. Kto nie wierzy – niech przyjrzy się rachitycznym krzewinkom na zieleńcach u wylotu Wrocławskiej, notorycznie zadeptywanych przez tych, którym przeszkadzają w przejściu na skróty. I to nie jedyny taki przypadek w Poznaniu.

Ale trawnika na placu Kolegiackim, który był przed remontem, nikt nie przedeptał z prostego powodu – żeby nie wdepnąć w psią niespodziankę. Ten trawnik i drugi, przy ulicy Zielonej, były ulubionymi miejscami wyprowadzania okolicznych psów. Zapach udowadniał każdemu, kto tamtędy przechodził w gorący, słoneczny dzień, że niewielu właścicieli psów sprząta po swoich podopiecznych.

Oczywiście nie ma żadnej gwarancji, że psy pozbawione trawnika nie zaczną przyozdabiać odchodami świeżo posadzonych drzew i ozdobnych traw. A nawet – niestety – można mieć pewność, że tak się będzie działo. Jednak mimo wszystko właścicielom piesków trudniej będzie je wyprowadzać na taki trawnik, jeśli przy nim będzie stał kawiarniany ogródek i meble miejskie, na których będą siedzieć turyści.

Niemniej zieleni na placu powinno być zdecydowanie więcej, bo można to zrobić tak, by nie robić z placu parku i zachować te wszystkie funkcje, o które chodziło przy przebudowie: czyli przestrzeń do spotkań, postawienia kawiarnianego ogródka, może zrobienia kameralnego koncertu. Oczywiście z uwzględnieniem faktu, że pod ziemią jest zabudowa, więc nie wszystko i nie wszędzie da się posadzić. Ale się da. To jednak akurat jest rzeczą dość prostą do skorygowania nawet po zakończeniu remontu.

Zegar Historii z błędem

Prosto natomiast na pewno nie będzie z korektą Zegara Historii, na którym mamy błąd – zamiast „1773 pożar od pioruna” mamy „pozar”. Niby nic wielkiego, jednak na takim obiekcie jak Zegar Historii, w takim miejscu jak plac Kolegiacki, przed siedzibą władz miasta – coś takiego absolutnie nie powinno się zdarzyć. W tym miejscu na takim obiekcie to nie jest drobny błąd. Chyba że dla kogoś różnica między na przykład „zebrać” a „żebrać” jest nieistotna.

Protesty wywołało przeniesienie koziołków – co prawda przeniesiono je ładnych kilka miesięcy temu i wtedy jakoś protestów nie było – ale przy okazji remontu placu wyciągnięto i to, że koziołki lepiej wyglądały na skwerku przed wejściem do urzędu. Czy wyglądały lepiej czy nie – można się spierać. Tylko że zwolennicy pozostawienia koziołków w starym miejscu nie wzięli pod uwagę tych wszystkich wycieczek i grup turystycznych, które się fotografują z koziołkami. Na starym miejscu placyk przy koziołkach był malutki i każda większa grupa ustawiała się do zdjęcia na rosnących tam krzewach. Teraz nie będzie z tym problemu – do koziołków jest swobodny dostęp z każdej strony.

Funkcja miastotwórcza – jest

A co z funkcją miastotwórczą? Autorom projektu przebudowy zarzucano, że „odjechali”, a na tak wyremontowany plac Kolegiacki i tak nikt nie przyjdzie. To oczywiście będzie można zweryfikować dopiero po otwarciu placu – jednak trzeba sobie jasno powiedzieć, że stworzenie dodatkowej przestrzeni rekreacyjnej w tym rejonie miasta nie było żadną fanaberią, tylko koniecznością. Doskonale o tym wiedzą mieszkańcy Starego Rynku i okolic – nie maja pojęcia ci, którzy tam nie bywają i grzmią o „wyludnianiu” rynku. Otóż rynek wyludniony nie jest, zwłaszcza w sezonie turystycznym przez Stary Rynek wręcz trudno przejść, trudno znaleźć miejsce w kawiarnianym ogródku – oczywiście poza czasem pandemii – a już zorganizowanie tam jakiejkolwiek imprezy powoduje ścisk nie z tej ziemi. Wystarczy sobie przypomnieć choćby Festiwal Rzeźby Lodowej – przecież w czasie jego trwania przez rynek nie dało się przecisnąć. Podobnie jest podczas wszystkich jarmarków, które są organizowane na płycie, a jest ich sześć sporych i kilka mniejszych, co oznacza, że prawie co miesiąc odbywała się tam jakaś impreza. Miasto po prostu potrzebowało miejsca, które częściowo przejęłoby ruch ze Starego Rynku, a plac Kolegiacki idealnie się do tego nadaje. Oczywiście – po przebudowie, bo przed nią nawet przecież nie było gdzie usiąść, by podziwiać urokliwy widok na urząd miasta i farę. Zresztą i tak zasłaniały go zaparkowane samochody.

Przykład Wolnego Dziedzińca pokazuje, że ten kierunek jest dobry i ma sens. Oczywiście remont placu Kolegiackiego trwał o wiele za długo i znaleziska archeologiczne tylko częściowo usprawiedliwiają dodatkowy czas i dodatkowe koszty. Zegar Historii zawiera fatalny błąd, poza tym może budzić wątpliwości estetyczne jako efekt resztek gigantomanii, tak charakterystycznej dla inwestycji naszych samorządów. Zieleni mogłoby być więcej, zwłaszcza na środku placu, choć też akurat tam jest największe ryzyko, że zostanie zadeptana. Poza tym jednak wszystko wskazuje na to, że jest to całkiem udana inwestycja. Nie taka, jakiej byśmy sobie życzyli za te pieniądze i w tym czasie – ale zdecydowanie lepsza, tańsza i bardziej miastotwórcza niż na przykład stadion miejski. No i jest nadzieja, że – w przeciwieństwie do stadionu – jej utrzymanie będzie tańsze…

Podziel się: