Karol Linetty szukał latem miejsca do treningów, aby nie stracić rytmu po rozstaniu z tureckim Kocaelisporem. Znalazł je w Lechu, gdzie wszystko się dla niego zaczęło. Niels Frederiksen zaznaczył, że nie była to zapowiedź transferu, lecz gest wobec wychowanka. Pod koniec sierpnia Linetty podpisał kontrakt ze Śląskiem Wrocław.
Kolejorz wraca do gry po przerwie reprezentacyjnej i w sobotę o 17:30 jedzie właśnie do Wrocławia. Jeśli Linetty pojawi się na boisku, zagra swój pierwszy w karierze ligowy mecz przeciwko klubowi, który go wychował. Stanie naprzeciw ludzi, z którymi jeszcze latem dzielił szatnię.
Wychowanek w zielonej koszulce
Jako nastolatek Linetty debiutował w Ekstraklasie i był częścią drużyny, która w 2015 roku zdobyła mistrzostwo Polski. Rok później wyjechał do Sampdorii. Kiedy opuszczał Poznań, rozegrał w barwach Lecha 93 mecze ligowe.
Potem nastąpiła dekada spędzona we Włoszech i w Turcji: Sampdoria, Torino, a na koniec Kocaelispor. Do kraju wrócił z 47 występami w reprezentacji Polski i dziewięcioma sezonami w Serie A. Śląsk zaproponował mu umowę na dwa sezony z opcją przedłużenia o kolejny rok.
W Poznaniu pomogli mu utrzymać formę. Teraz ma ona służyć drużynie, która rozpaczliwie potrzebuje punktów – także tych zdobytych kosztem Lecha.
Od wicemistrza do spadku i z powrotem
Ostatnie lata Śląska przypominają jazdę windą, w której ktoś wcisnął wszystkie przyciski naraz. Wrocławianie zostali wicemistrzami Polski w 2024 roku. Rok później spadli z ligi. W grudniu 2024 roku, w samym środku tego zjazdu, ławkę przejął sprowadzony w roli strażaka słoweński trener Ante Simundza.
Klub mu zaufał, mimo że pożaru nie ugasił. Simundza został po spadku, poprowadził zespół do serii jedenastu meczów bez porażki i wywalczył bezpośredni powrót do Ekstraklasy już po roku. W nagrodę otrzymał nowy kontrakt.
Powrót okazał się jednak twardym lądowaniem. Po dziewięciu kolejkach Śląsk zdobył zaledwie sześć punktów, a jedyne zwycięstwo odniósł 2 sierpnia w meczu z Rakowem. Wrocławianie osunęli się do strefy spadkowej po piątkowej wygranej Wieczystej.
Najbardziej boli sposób, w jaki przegrywają. Śląsk ulegał rywalom identycznie 1:2 w trzech ostatnich meczach ligowych, a w Krakowie zwycięskiego gola dla Wisły stracił w ostatniej akcji spotkania. Przed sobotnim meczem Simundza przyznał, że żal mu zespołu, bo tracenie bramek w końcówkach spotkań jest bolesne. Słoweniec przekonuje, że jego drużyna wygląda na boisku lepiej, niż sugeruje dorobek punktowy. Tabela jednak nie przyjmuje wyjaśnień.
Miasto, w którym Lech zostawia punkty
Na papierze faworyt jest jeden, tyle że historia tego pojedynku od kilku lat lubi ten papier drzeć. W sobotę obie drużyny zmierzą się po raz 81. Ogólny bilans wyraźnie przemawia za Lechem – według klubowych statystyk Kolejorz wygrał 36 dotychczasowych meczów, a Śląsk 25.
Zupełnie inną opowieść niosą ostatnie lata. Lech wygrał dwa z siedmiu poprzednich spotkań z wrocławianami. Ostatnie zwycięstwo odniósł jesienią 2024 roku przy Bułgarskiej, po golu Filipa Szymczaka. Śląsk wygrał natomiast trzy ostatnie ligowe mecze z Lechem we Wrocławiu.
Najbardziej wymowne są okoliczności. W sierpniu 2023 roku Lech przyjeżdżał jako wicelider, a Śląsk zamykał tabelę z jednym punktem. Gospodarze wygrali 3:1. Było to ich pierwsze zwycięstwo w sezonie, który zakończyli jako wicemistrzowie Polski.
Scenariusz ten powtórzył się w marcu 2025 roku. Ostatni w tabeli Śląsk podejmował Lecha walczącego o mistrzostwo i znów wygrał 3:1. Mikael Ishak zdobył honorowego gola dla Kolejorza z rzutu karnego. Dwa razy Lech jechał do Wrocławia jako faworyt do ostatniej drużyny ligi i dwa razy wracał z tym samym wynikiem.
Na ostatnią wygraną Lecha we Wrocławiu trzeba cofnąć się do prima aprilis 2022 roku. Lech wygrał 1:0 po golu Michała Skórasia i zakończył sezon z mistrzowskim tytułem.
Od tamtego prima aprilis minęło cztery i pół roku. Lech wciąż czeka, aż we Wrocławiu ktoś przestanie żartować.
Mistrz liczy zdrowych
Lech jedzie do Wrocławia jako trzecia drużyna w tabeli. Ma 19 punktów, o trzy mniej od prowadzącego Górnika Zabrze, ale posiada też jeden mecz zaległy. Jedyną ligową porażkę poniósł właśnie z Górnikiem w połowie września, w spotkaniu o fotel lidera.
Ostatnie tygodnie przed przerwą przypominały huśtawkę. Na inaugurację fazy ligowej Ligi Europy Lech przegrał w Londynie z Crystal Palace 0:4, ale ledwie trzy dni później rozbił w lidze Radomiaka 5:1.
Kolejorz strzelił 17 goli w ośmiu meczach ligowych. Śląsk natomiast od sześciu kolejek nie zachował czystego konta. Na papierze jest to zderzenie rozpędzonego ataku z obroną, która nie potrafi dowieźć wyniku.
Problem polega na tym, że przy Bułgarskiej coraz częściej liczy się zdrowych, a nie kontuzjowanych. W sobotę na pewno nie zagrają Ali Gholizadeh, João Moutinho, Alex Douglas i Allahyar Sayyadmanesh. Moutinho przeszedł w środę operację stopy, a Frederiksen spodziewa się jego powrotu dopiero w styczniu.
Pojawiły się też dobre wiadomości. Do kadry meczowej wracają Gustav Berggren i Antoni Kozubal. Patrik Wålemark, który według Frederiksena zagrał bardzo dobry mecz w reprezentacji Szwecji przeciwko Polsce, po powrocie się rozchorował. Od środy znów trenuje z zespołem, choć trener przyznaje, że nie jest jeszcze w pełni gotowy. Przerwę Lech wykorzystał między innymi na sparing z Energie Cottbus, który zakończył się remisem 2:2.
Mistrz wciąż ma czym grać. Pytanie brzmi, na jak długo starczy mu ludzi, skoro jesień dopiero się rozkręca.
Pierwszy przystanek maratonu
Sobotni mecz otwiera wyczerpujący maraton. Od 10 października do 8 listopada Lech rozegra dziewięć spotkań, a już w czwartek podejmie w Lidze Europy Bayer Leverkusen. Frederiksen nie narzeka i na czwartkowym spotkaniu z mediami podkreślał, że „po to gramy, żeby rywalizować na każdym możliwym froncie”.
Kalendarz daje Lechowi też szansę. Górnik zagra z Jagiellonią dopiero w sobotni wieczór, a Legia w niedzielę. Zwycięstwo we Wrocławiu pozwoliłoby Kolejorzowi zrównać się punktami z liderem przynajmniej na kilka godzin.
Śląsk będzie mógł za to liczyć na Piotra Samca-Talara, który jest liderem i najlepszym strzelcem drużyny, a po urazie nadgarstka wrócił do treningów. Według Simundzy znajdzie się on w kadrze meczowej i jeśli wyjdzie na boisko, zagra w termoplastycznej ortezie. Nie wiadomo, czy wystąpi od pierwszej minuty. Wrocławianie na pewno nie skorzystają z Michała Mokrzyckiego i Irodotosa Christodoulou, a Karol Borys będzie zbierał minuty w rezerwach.
Mecz poprowadzi Patryk Gryckiewicz z Torunia, a sędzią VAR będzie Tomasz Musiał. Początek o 17:30 na Tarczyński Arenie, transmisja w CANAL+ Sport 3.
Lech jedzie do Wrocławia jako mistrz Polski, faworyt i drużyna z dłuższą listą argumentów. Śląsk ma przede wszystkim jeden: pamięć tego stadionu, która w ostatnich latach działała na jego korzyść.
A gdzieś w środku pola może stanąć zawodnik, któremu Kolejorz jeszcze latem pomagał wrócić do formy. W sobotę okaże się, czy pomógł za dobrze.