Poznań: Premier zabrał nam chleb – mówią handlowcy z cmentarzy

Cmentarz Miłostowo 2020 Święto Zmarłych fot. Sławek Wąchała
Zamknięte podziemne przejście, zero ludzi, tylko radiowozy stojące przed bramami i handlarze owijający kwiaty ochronną włókniną. Tak wyglądają dziś poznańskie cmentarze.

Na straganach nie ma wielu handlowców, bo większość sprzedała to, co miała na miejscu wczoraj, no i jak się dowiedzieli o decyzji premiera, to nowego towaru nie przywozili. No i dziś już mało kto przyszedł do pracy. Bo po co? Kilka osób tylko się kręci, zawijając kwiaty, żeby je ochronić przed chłodem. Są w doniczkach, może wytrzymają te trzy dni. A może nie.

– Doniczkowe i znicze to jeszcze pół biedy, one mogą poczekać – mówi pani Maria Nowak, która jest emerytką, ale całe życie pracowała w handlu, a teraz pomaga w rodzinnej firmie ogrodniczej. – Ale te cięte będą się nadawały tylko do wyrzucenia, a one są najdroższe. No i ta świadomość, że wyrzucasz cały rok pracy ot tak, do kosza… Bo mało kto myśli o tym, że żeby były takie piękne kwiaty jesienią, trzeba się napracować przez cały rok. To nie jest marchewka, że kupujesz nasiona, siejesz, a ona ci rośnie. Tu potrzebny jest specjalistyczny sprzęt, szklarnie, fachowcy z dużą wiedzą, a to wszystko kosztuje.

Pani Maria szacuje, że ich firma będzie stratna na co najmniej 100 tysięcy z powodu tego zamknięcia. jak sobie poradzą – nie wie, bo większość posiadanych pieniędzy wydali na kupno towaru przed świętem.
– Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że zamkną cmentarze, na pewno kupilibyśmy mniej ciętych kwiatów i wieńców, bo doniczkowe mamy z własnych upraw – wyjaśnia. – Ale nie wiedzieliśmy i kupiliśmy, a dla trzech punktów to spory wydatek. Bo mamy stragan nie tylko na Miłostowie, ale też na Junikowie i trzeci przy szklarniach. Wyrzucone cięte kwiaty, średnio 5 zł za sztukę to jeden koszt, gotowe świeże wieńce, których ceny zaczynają się od 10 zł – drugi. Poszło na to około 20 tys. zł na jeden punkt. A pracownicy w szklarniach pracowali normalnie i trzeba im zapłacić normalną pensję. Tyle co sprzedawcom na straganach zapłaci się mniej, bo mniej pracowali, ale to niewiele pomoże.

Zamknięcie straganów przed 1 listopada to jednak nie tylko te doraźne, bieżące koszty. To brak pieniędzy na inwestycje i na czarną godzinę, bo właśnie na to się zbierało przy takich okazjach.
– Branża już dostała w plecy, kiedy wiosną wprowadzono lock down – zwraca uwagę pani Maria. – Wszyscy utrzymywaliśmy się z oszczędności, a ja byłam w najlepszej sytuacji, bo mam emeryturę. Mieliśmy nadzieję, że 1 listopada pozwoli nam trochę załatać te dziury, zebrać pieniądze na zapas, bo nie wiadomo, co będzie w przyszłym roku. A tu taki cios w plecy.

Sam zakaz pani Maria uważa za absurdalny.
– Przecież pracuję przy cmentarzu i widzę, jak to wygląda, dzień w dzień, święto w święto – mówi. – Miłostowo to duży cmentarz i nawet jak wejdzie dużo ludzi to tłoku nie ma, wszyscy się rozchodzą w boczne alejki i każdy stoi przy swoim grobie. Ludzie przychodzą po trzy-cztery osoby, rzadko kiedy więcej, i najczęściej to rodzina, która i tak razem mieszka. Na cmentarzu może chwilę pogadają z krewnymi, jak zdarzy im się spotkać, ale to wszystko. Większy tłok jest w galeriach handlowych i w kościołach, bo w czasie takich świąt to nawet ci mniej wierzący przychodzą na mszę za babcię czy dziadka. Ale ani galerii, ani kościołów jakoś premier nie zamknął. Tylko nam zabrał chleb.

Lilia Łada

Podziel się: