Reklama

Marek Lapis: fotograf widzi więcej

9 lat pracy, 200 wyjazdów w teren, 90 zdjęć na 104 stronach – tak w skrócie można przedstawić książkę Marka Lapisa “Biało-czerwona”. Ale skrót nie jest właściwą drogą, by zrozumieć, co tak naprawdę zawiera ta książka.

Lilia Łada: Tytuł “Biało-czerwona” nasuwa skojarzenie z naszą flagą. Ale znając ciebie wiem, że to na pewno nie jest takie proste…

Marek Lapis: W Polsce flaga albo dzieli – albo łączy. Pokazuję, jakie to społeczeństwo jest, jak my sami siebie traktujemy. Można powiedzieć, że ten projekt jest portretem naszego społeczeństwa widzianym przez pryzmat, matrycę biało-czerwonej. Do flagi podchodzi się zazwyczaj z wielkim namaszczeniem, szacunkiem, przed ważnymi i mniej ważnymi wydarzeniami. I co się wtedy dzieje? Wtedy flaga jest wszędzie, w różnych konfiguracjach i wersjach: malowana sprayem na nagim torsie, drukowana na koszulkach w towarzystwie naszego orła lub nie, na kołach, pojazdach. Czy to jest szacunek czy brak szacunku? Postanowiłem więc ruszyć w Polskę i poszukać odpowiedzi na to pytanie. I zaintrygowało mnie, jak ciekawe są relacje między narodowymi barwami a ludźmi. Jak się spotykają ze sobą i jakie wtedy powstają historie. Zauważyłem, że te relacje nie są takie zerojedynkowe, że każda z historii, jakie staram się opowiadać, ma drugą, ukrytą warstwę znaczeń.

Lilia Łada: Nie obawiałeś się, że taki projekt zostanie odebrany jako polityczny?

Marek Lapis: To nie jest projekt polityczny, on powstał ponad podziałami! Ale… opowiem taką anegdotę: w 2017 roku starałam się o patronat nad książką u różnych firm. Rozmawiałem, pokazywałem zdjęcia, tłumaczyłem, o co chodzi. Kilka z nich odniosło się do projektu bardzo pozytywnie. Ale w listopadzie na Wolnym Dziedzińcu została otwarta moja wystawa “Biało-czerwona”, na której było można zobaczyć o wiele więcej zdjęć. I kilka dni później z jednej firmy dostaję telefon: “Panie Marku, bardzo nam przykro, ale nie wejdziemy w ten projekt, bo ta wystawa jest propisowska”. Następnego dnia dzwoni kolejna firma: “Panie Marku, bardzo nam przykro, ale nie wchodzimy w to, bo ta wystawa jest antypisowska”.

Lilia Łada: Czyli jednak takie myślenie się pojawiło.

Marek Lapis: Co było w sumie potwierdzeniem, że osiągnąłem efekt… Ale tak naprawdę to efekt tego, że polskie społeczeństwo jest bardzo podzielone. W tym sensie książka jest spektrum odcieni między sacrum a profanum. Na przykład na jednej stronie mam zdjęcie biało-czerwonej z Przystanku Woodstock, a na drugiej – z Lednicy, gdy flagę niosą zakonnice. Albo zestawienie demonstracji narodowców z Woodstockiem. Albo na przykład to zdjęcie pary młodej z demonstracją Solidarności w tle. Związkowcy szli z czerwonymi transparentami, oni walczyli, byli bardzo roszczeniowi. A obok ubrana na biało zakochana para młoda beztrosko, z miłością, śmiała się do aparatu. Moim zadaniem jako fotoreportażysty nie jest kształtowanie postrzegania rzeczywistości, ale zadawanie pytań i budzenie refleksji. Przecież na tym polega zawód dziennikarza: widzieć z dwóch stron, obserwować, co się dzieje, dokumentować to – a nie wytykać.

Lilia Łada: Jaki był klucz do wyboru tych zdjęć? Te, które ci się podobają?

Marek Lapis: Nie, nie! Ja w ogóle uwielbiam zdjęcia, które mnie denerwują, zadają pytania – często bolesne! Wybór był bardzo trudny, ale zawsze jest, gdy się wybiera zdjęcia… Metody wyboru mogą być różne: wybierasz od razu, ale też można zrobić wstępną selekcję i poczekać. Z czasem przychodzą do głowy inne pomysły, ujawniają się inne emocje, różne od tych, które były na samym początku, przy robieniu zdjęć. Na pewno nie chodziło o kolor. Bo kolor często zawłaszcza obraz, jest zbyt agresywny i dominuje nad warstwą znaczeniową. Tu miało być odwrotnie. Znaczenie zdjęć jest najważniejsze. Nie chciałem też, żeby ich było za dużo, więc wybór był tym trudniejszy. Jesteśmy atakowani każdego dnia tysiącami obrazów. Dlatego uznałem, że im mniej – tym lepiej. 90 zdjęć na 104 stronach: to akurat tyle, że można się skupić.

Lilia Łada: Twoją książkę można więc też odczytywać jako przypomnienie tego, czym jest zawód fotografa i fotoreportażysty, jego etyka i warsztat. Bo to jakby trochę ostatnio odeszło w zapomnienie. Dzisiaj każdy uważa, że umie robić zdjęcia…

Marek Lapis: Kiedyś granica między zawodowym fotografem a amatorem przebiegała na linii sprzętowej. Zawodowiec miał znacznie lepszy sprzęt, i to było od razu widać. Ale teraz każdy może mieć superaparat z milionem opcji, którym robi perfekcyjne zdjęcia, fotki i selficzki. Granica jest więc nadal, ale istnieje w świadomości, w poczuciu odpowiedzialności za to, co się fotografuje i publikuje. Fotografia to medium łatwe, bo łatwo dziś zrobić i opublikować zdjęcie, ale i bardzo trudne, jeśli się czuje ciążącą na sobie odpowiedzialność za tę publikację. Poza tym aparat to pretekst do rozmów z ludźmi. Rozmowa jest najważniejszą umiejętnością fotografa, żeby przekonać potencjalnego modela do zdjęcia, do zmniejszenia swojej granicy intymności – iw rezultacie do zrobienia zdjęcia, o które chodzi. Bo to fotograf ma zobaczyć więcej, chociaż patrzą wszyscy.

Lilia Łada: Twoje ulubione zdjęcie?

Marek Lapis: To będzie to ze starego Rynku, zrobione 11 listopada. W Poznaniu, jak wiadomo, jest wtedy podwójne święto, my bawimy się na całego także z okazji imienin Świętego Marcina. Myślę też, że to trochę z powodów zawiłości historii Święto Niepodległości nie jest tu tak intensywnie odbierane, jak w innych regionach Polski, bo przecież u nas wtedy jeszcze ani niepodległości, ani Polski nie było… I może dlatego na zdjęciu stoją bardzo poważni ludzie. Jedyną cieszącą się osobą jest niepełnosprawny na wózku, ale, co ciekawe, on akurat najmniej widzi, ponieważ na wysokości oczu ma biało-czerwoną taśmę, odgradzającą miejsce uroczystości od widzów… To zdjęcie pokazuje społeczność, która nie czuje więzi. Ale ja za dużo mówię, powinienem zostawić widzom odkrywanie tego albumu i sensu zdjęć. I niech każdy sam sobie odpowie na pytanie, czy taka narracja, styl opowieści mu odpowiada.

Lilia Łada: Podczas spotkania zwróciłeś też uwagę, że nie tylko zawartość książki, ale i jej forma jest istotna.

Marek Lapis: To prawda, ma takie dodatkowe, interesujące elementy. Pierwszym jest papier, na którym zostają zachowane odciski palców. Nie można ich niczym zetrzeć. Gdy założymy białe rękawiczki, które są w komplecie – podchodzimy do photobooka z szacunkiem, poświęcamy jemu więcej czasu i uwagi, niż gdybyśmy tylko przerzucali obrazy na smartfonie czy tablecie. Wtedy też odczujemy szorstkość całej opowieści o Polsce i całej książce, która nie do końca odpowiada o naszym wyobrażeniu społeczeństwa w którym funkcjonujemy Symboliczne, prawda? No i zakładka, która jest biało-czerwona. Można białą założyć te zdjęcia, które się podobają, a czerwone – których nie polubiliśmy. Ale mam nadzieję, że białych będzie więcej…

Książkę na razie można nabyć bezpośrednio u autora lapismarek@gmail.com, niebawem ruszy sprzedaż poprzez stronę internetową. Można też pisać w tej sprawie na profil na fb: https://www.facebook.com/marek.lapis. I lepiej się spieszyć, bo nakład jest niski i wynosi 500 egzemplarzy, a sporo z niego już ubyło…

Fot. Sławek Wąchała