Kiedy w pierwszej kolejce sezonu 2025/26 Cracovia rozbiła Lecha przy Bułgarskiej 4:1, nikt na trybunach nie pomyślał: „za dziewięć miesięcy będziemy świętować dziesiąte mistrzostwo”. A jednak. Drużyna Nielsa Frederiksena przeszła jedną z najbardziej nieprzewidywalnych dróg do tytułu w historii Ekstraklasy – i właśnie dlatego ten sezon zasługuje na osobną opowieść.
Mistrzostwo zdobyte na wyjazdach
Zacznijmy od tego, co w tym sezonie było naprawdę bezprecedensowe. Lech Poznań po raz pierwszy w swojej ponad stuletniej historii został mistrzem Polski dzięki wynikom wyjazdowym, a nie domowym. Bilans przy Bułgarskiej – siedem zwycięstw, siedem remisów i trzy porażki – w normalnych okolicznościach nie daje nawet czołowej trójki. Tymczasem na obcych boiskach Kolejorz wygrywał częściej niż u siebie i tracił tam aż trzynaście bramek mniej niż przed własną publicznością.
To wywrócenie futbolowej logiki na głowę. Ekstraklasowi mistrzowie zwykle budują tytuły na murze domowej twierdzy – przypomnijmy, że rok wcześniej Lech u siebie nie przegrał ani razu. Ten sezon był inny. Na Bułgarskiej potrafiło być nerwowo, chaotycznie, jakby presja ponad trzydziestu tysięcy widzów na trybunach paradoksalnie przeszkadzała zamiast pomagać.
Od katastrofy do korony
Sezon zaczął się od trzęsienia ziemi. Porażka z Legią w Superpucharze, potem upokorzenie z Cracovią. Niels Frederiksen miał prawo czuć się jak kapitan statku, który nabiera wody jeszcze w porcie. Lech aż do dwudziestej drugiej kolejki nie wskoczył nawet na podium tabeli. Wcześniej na prowadzeniu zdążyło być sześć różnych drużyn – Radomiak, Cracovia, Wisła Płock, Górnik Zabrze, Jagiellonia i Zagłębie Lubin. Poznańska drużyna była wszędzie, tylko nie na czele.
A potem coś kliknęło. Od dwudziestej szóstej kolejki Kolejorz wskoczył na pierwsze miejsce i już go nie oddał. Dziewięć kolejek na szczycie – to najkrótszy okres liderowania wśród wszystkich mistrzów ostatnich lat – ale wystarczyło. W trzydziestej trzeciej kolejce, po zwycięstwie 3:1 z Radomiakiem, tytuł był matematycznie pewny. Przy Bułgarskiej można było w końcu odetchnąć.
Sześćdziesiąt punktów, szesnaście zwycięstw, dwanaście remisów, sześć porażek – i dziesiąte mistrzostwo w historii klubu. Nad herbem Kolejorza pojawi się złota gwiazdka, przysługująca za co najmniej dziesięć tytułów. To symbol, na który czekało kilka pokoleń kibiców.
Król Mikael i jego dwór
Gdyby Mikael Ishak był książką, ten sezon byłby jej kolejnym bestsellerowym rozdziałem. Trzydziestotrzyletni Szwed zdobył szesnaście bramek ligowych – szósty z rzędu sezon z dwucyfrową liczbą trafień w niebiesko-białych barwach. We wszystkich rozgrywkach dorzucił jeszcze dziesięć goli, łącznie sięgając dwudziestu sześciu. W pucharach europejskich kapitan Lecha jest już najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu.
Do magicznej granicy dziesięciu ligowych bramek dobił również Luis Palma, który swoją ostatnią bramkę w sezonie strzelił w finałowej kolejce przeciwko Wiśle Płock. Honduraska błyskawica na lewym skrzydle – nieprzewidywalna, czasem frustrująca, ale w kluczowych momentach decydująca. Pytanie, czy Poznań zobaczy go jeszcze w niebiesko-białym, jest jednym z największych znaków zapytania tego lata.
Rekordowa Bułgarska
Nawet jeśli wyniki domowe nie zachwycały, kibice przychodzili. I to jak. Średnia frekwencja na meczach ligowych Lecha wyniosła ponad trzydzieści jeden tysięcy widzów na spotkanie – wynik, jakiego nie osiągnął żaden polski klub nie tylko w dwudziestym pierwszym wieku, ale w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Łącznie przez siedemnaście domowych meczów ligowych przewinęło się ponad pół miliona ludzi. Trzy ostatnie spotkania sezonu gromadziły widownie przekraczające czterdzieści tysięcy. Enea Stadion z pojemnością prawie czterdziestu trzech tysięcy miejsc pękał w szwach.
To nie jest kwestia wyłącznie wyniku sportowego. Lech zbudował wokół meczu piłkarskiego coś, co wykracza poza dziewięćdziesiąt minut na boisku – wydarzenie miejskie, rytuał, miejsce spotkań. Nawet mroźna zima na przełomie roku, która w całej Ekstraklasie obniżyła frekwencję, nie odstraszyła twardego rdzenia kibiców Kolejorza.
Europejska huśtawka
Pucharowy sezon Lecha wyglądał jak scenariusz serialu – z każdym odcinkiem emocje rosły, ale też rosły rozczarowania. Wszystko zaczęło się od eliminacji Ligi Mistrzów i pewnego zwycięstwa nad islandzkim Breiðablikiem. Wynik 7:1 w pierwszym meczu u siebie – z hat-trickiem Ishaka – podniósł apetyt do poziomu, na który Kolejorz nie był jeszcze gotowy.
W trzeciej rundzie czekała Crvena Zvezda Belgrad. Regularna uczestniczka Ligi Mistrzów, z budżetem przekraczającym sześćdziesiąt milionów euro, obnażyła różnicę klas. Porażka 1:3 przy Bułgarskiej i remis 1:1 w Belgradzie oznaczały koniec marzeń o Champions League.
Spadek do eliminacji Ligi Europy przyniósł jeszcze boleśniejsze zderzenie z rzeczywistością. Belgijski Genk rozgromił Lecha u siebie 5:1 w jednym z najbardziej bolesnych wieczorów w najnowszej historii klubu. Wyjazdowe zwycięstwo 2:1 w rewanżu było jedynie kosmetycznym retuszem na rozbitej fasadzie.
Trzecie puchary okazały się jednak miejscem, w którym Kolejorz odnalazł swój rytm. W fazie ligowej Ligi Konferencji – rozgrywkach, w których Polskę reprezentowały aż cztery drużyny – drużyna Frederiksena zajęła jedenaste miejsce, wygrywając trzy z sześciu spotkań. Efektowne 4:1 z Rapidu Wiedeń w inauguracji, pewne 2:0 z Lausanne, minimalna wygrana w Ołomuńcu – przeplatane bolesnymi wpadkami z Lincoln Red Imps i Rayo Vallecano. Trzy z czterech polskich ekip awansowały do fazy pucharowej, co samo w sobie było historycznym osiągnięciem dla krajowego futbolu.
W barażach Lech pewnie wyeliminował fiński KuPS Kuopio – 2:0 na wyjeździe i 1:0 u siebie – by w jednej ósmej finału zmierzyć się z Szachtarem Donieck. Ukraiński gigant, mimo że od lat gra na neutralnych obiektach z dala od Doniecka, pozostaje maszyną, której nie sposób lekceważyć.
Dwumecz z Szachtarem to był moment, w którym serce kazało wierzyć, a rozum podpowiadał coś innego. Trzy gole brazylijskich skrzydłowych w pierwszym spotkaniu przy Bułgarskiej – porażka 1:3 – wydawały się wyrokiem. Ale w rewanżu Lech zrobił to, co robi najlepiej w tym sezonie: walczył na wyjeździe. Ishak otworzył wynik już w trzynastej minucie, a tuż przed przerwą zamienił rzut karny na drugiego gola. Prowadzenie 2:0 w przerwie rozbudziło nadzieje, lecz Szachtar odrobił jedną bramkę i tego dnia nie dał się już zaskoczyć. Bilans dwumeczu – 3:4 – boleśnie potwierdzał, jak niewiele brakowało, by historia potoczyła się inaczej.
Europejski sezon zamknął się przychodem rzędu prawie siedmiu milionów euro z samych wyników sportowych. Pieniądze ważne, ale jeszcze ważniejsze było doświadczenie i współczynnik UEFA – ten drugi, wynoszący teraz ponad dwadzieścia siedem punktów, okaże się kluczowy już za kilka tygodni.
Frederiksen zostaje – i celuje jeszcze wyżej
Niels Frederiksen zapisał się w historii Lecha jako pierwszy zagraniczny trener, który obronił mistrzostwo w Polsce – takiego wyczynu nie dokonał żaden szkoleniowiec spoza kraju od czasów Michala Vicana w Ruchu Chorzów w połowie lat siedemdziesiątych. Pięćdziesięciopięcioletni Duńczyk, który przed przyjazdem do Poznania zdobył tytuł z Brøndby IF, stanął na tej samej półce co Maciej Skorża – legenda trenerskiej ławki przy Bułgarskiej. Osiemdziesiąt osiem meczów, czterdzieści dziewięć zwycięstw, siedemnaście remisów i dwadzieścia dwie porażki. Bilans, który mówi sam za siebie. A przypomnijmy, że Frederiksen przejmował drużynę latem 2024 roku w trudnym momencie – po nieudanym sezonie.
Przez kilka tygodni przyszłość Duńczyka wisiała na włosku. Watford, angielski drugoligowiec pragnący wrócić do Premier League, prowadził zaawansowane rozmowy z trenerem Kolejorza. Ale dwudziestego drugiego maja Lech oficjalnie ogłosił to, na co kibice czekali – Frederiksen podpisał nowy, dwuletni kontrakt do czerwca 2028 roku. „Jestem bardzo szczęśliwy i cieszę się na możliwość kontynuacji tego, co rozpoczęliśmy dwa lata temu” – powiedział trener, rozwiewając wszelkie wątpliwości. W umowie znalazły się specjalne klauzule pozwalające na ewentualne odejście do ligi z europejskiej czołówki lub na stanowisko selekcjonera reprezentacji Danii, ale to raczej zabezpieczenie na przyszłość niż furtka na lato. Stabilność na ławce trenerskiej to najlepsza wiadomość przed eliminacjami Ligi Mistrzów.
Kto odejdzie? Transferowe trzęsienie ziemi
Nawet jeśli Frederiksen zostanie, kadra Kolejorza i tak przejdzie głęboką przebudowę. Lista piłkarzy, których kontrakty wygasają lub kończą się wypożyczenia, jest długa i niepokojąca.
Zacznijmy od bramki. Bartosz Mrozek, wychowanek klubu, od trzech lat niepodważalny numer jeden, otwarcie mówi o marzeniach o zagranicznym transferze. „Chciałbym spróbować nowego wyzwania„ – powiedział wprost w rozmowie z TVP Sport. Klub dał mu zielone światło. Portal Transfermarkt wycenia go na około trzy miliony euro, a Lech nie zamierza blokować odejścia, nawet za nieco niższą kwotę. Po dwóch mistrzostwach i ponad stu meczach w pierwszym składzie dwudziestosześciolatek uważa, że zasłużył na krok wyżej.
Jeszcze głośniejszy może być odlot Antoniego Kozubala. Dwudziestojednoletni defensywny pomocnik, wychowanek Lecha z kontraktem do 2028 roku, wzbudza zainteresowanie Borussii Dortmund. BVB szuka dwubojowego i pewnego w podaniu partnera dla Felixa Nmechy – a Kozubal doskonale pasuje do tego profilu. Jego wartość rynkowa to między trzy i pół a cztery i pół miliona euro, ale przy kontrakcie trwającym jeszcze dwa lata Lech będzie mógł dyktować warunki. To potencjalnie najdroższy transfer wychodzący z Ekstraklasy tego lata.
Z klubem prawdopodobnie pożegna się też Luis Palma – jego roczne wypożyczenie z Celticu Glasgow dobiega końca. Lech złożył ofertę wykupu rzędu dwóch milionów funtów. Klauzula wykupu wynosi cztery miliony euro, co stawia poznański klub w trudnej pozycji negocjacyjnej.
Kończą się również wypożyczenia Timothy’ego Oumy ze Slavii Praga i Plamena Andrejewa z Feyenoordu. Dodatkowo wygasa kontrakt Antonio Milicia. Ali Gholizadeh i Radosław Murawski przez długie tygodnie utrzymywali kibiców w niepewności, ale ostatecznie obaj przedłużyli umowy – Irańczyk w połowie maja podpisał „specjalny kontrakt”, Murawski związał się z klubem do 2028 roku już pod koniec kwietnia. To ważne wzmocnienie szatni, bo obaj należą do filarów doświadczenia i charakteru. Pod znakiem zapytania stoi za to przyszłość obrońców Wojciecha Mońki i Michała Gurgula, o których pyta kilka klubów z mocniejszych lig.
Kto przyjdzie? Strategia na nowy sezon
Zarząd Lecha na posezonowym spotkaniu z dziennikarzami nakreślił jasny plan: czterech do pięciu nowych zawodników w przedziale wiekowym od dwudziestu dwóch do dwudziestu siedmiu lat. Priorytetowe pozycje to bramkarz, lewy obrońca, defensywny pomocnik i skrzydłowy. Jeśli odejdzie Mońka, dojdzie jeszcze środkowy obrońca.
W bramce głównym celem wydaje się Mateusz Lis, który wraca z tureckiego Göztepe. Lis, z ponad siedmioletnim doświadczeniem w polskiej i zagranicznej piłce. Rafał Strączek z GKS Katowice, o którym spekulowano w kwietniu, odpada z gry – w międzyczasie przedłużył kontrakt z katowiczanami aż do 2029 roku.
Na pozycji środkowego obrońcy pojawia się kandydatura dwudziestoczteroletniego Ukraińca Romana Didyka z LNZ Czerkasy. Z kolei w ofensywie plotki łączą Kolejorza z Mohammadem Mohebim, irańskim skrzydłowym z FK Rostov, którego kontrakt wygasa pod koniec czerwca.
Jeden transfer nie dojdzie do skutku, choć kibice o nim marzyli. Karol Linetty, wychowanek Kolejorza z ponad dwustoma pięćdziesięcioma meczami w Serie A na koncie, po roku w tureckim Kocaelisporze nie wróci do Poznania.
Budżet transferowy zależy od jednej kluczowej zmiennej: jak daleko Kolejorz zajdzie w eliminacjach Ligi Mistrzów. W przypadku awansu choćby do fazy ligowej Ligi Konferencji – co jest gwarantowane po przejściu drugiej rundy kwalifikacji Champions League – Lech zyska finansowy fundament na solidne wzmocnienia. Ale jeśli na horyzoncie zamajaczą zarobki z Ligi Mistrzów, możliwy będzie tak zwany „transfer premium” – duża kwota za jednego zawodnika najwyższej jakości.
Droga do Ligi Mistrzów: trzy przeszkody, jedno marzenie
Jako mistrz Polski Lech wchodzi do eliminacji Ligi Mistrzów od drugiej rundy ścieżki mistrzowskiej. To oznacza trzy dwumecze – sześć spotkań – między lipcem a końcem sierpnia, zanim zostanie rozstrzygnięte, czy Poznań zobaczy najlepsze kluby Europy. Start eliminacji nastąpi tuż po zakończeniu Mistrzostw Świata w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie, co oznacza bardzo krótki okres przygotowawczy. Kadra na eliminacje musi być gotowa praktycznie od pierwszego dnia okna transferowego.
Jest jednak powód do ostrożnego optymizmu. Dzięki splotowi niespodzianek w innych ligach – ETO Győr zamiast Ferencvároshu na Węgrzech, LASK Linz zamiast Sturmu Graz w Austrii – współczynnik Lecha okazał się wystarczający, by być rozstawionym we wszystkich rundach eliminacyjnych. To kolosalna przewaga. Rozstawienie oznacza, że w każdym dwumeczu Kolejorz powinien trafiać na teoretycznie słabszego rywala.
W drugiej rundzie potencjalnymi przeciwnikami mogą być mistrzowie lig takich jak Islandia, Szwajcaria, Dania czy Szwecja – drużyny niekoniecznie słabe, ale dostępne. Po przejściu tego progu Lech byłby rozstawiony również w trzeciej rundzie i w decydujących barażach o fazę ligową.
Oczywiście, lekcja z Crveną Zvezdą sprzed roku nadal boli. Porażka 1:3 przy Bułgarskiej, potem rozpaczliwy remis 1:1 w Belgradzie – tamten dwumecz pokazał, że między Ekstraklasą a regularną obecnością w Champions League jest przepaść, której nie da się zasypać jednym oknem transferowym. Serbowie mieli budżet kilkukrotnie większy od lechickiego i piłkarzy z doświadczeniem Champions League. Ale dwa lata temu Kolejorz nie miał takiego współczynnika, takiego doświadczenia pucharowego i takiej pozycji wyjściowej. Kolejny element układanki – awans do jednej ósmej finału Ligi Konferencji w tym sezonie dodał cennych punktów do klubowego rankingu. Nigdy wcześniej szanse na przebicie się przez eliminacje nie były tak realne.
Trzeba też pamiętać o siatce bezpieczeństwa: nawet porażka w drugiej rundzie eliminacji Champions League nie oznacza katastrofy. Lech spada wtedy do czwartej rundy kwalifikacji Ligi Europy, a gdyby i tam przegrał – do fazy ligowej Ligi Konferencji. Europejska jesień jest więc praktycznie zagwarantowana. Pytanie brzmi tylko: na jakim poziomie.
Co zostanie z tego sezonu?
Za kilka lat nikt nie będzie pamiętał, ile remisów Lech zremisował u siebie ani jakim wynikiem przegrał z Genkiem. Zostaną trzy rzeczy: złota gwiazdka nad herbem, pół miliona kibiców, którzy przewinęli się przez Bułgarską, i pytanie, które zawisło nad Poznaniem jak letnia burza – czy to był ostatni sezon tego zespołu w takim kształcie, czy dopiero wstęp do czegoś większego?
Lech stoi na rozdrożu, ale przynajmniej wie, kto trzyma mapę. Frederiksen zostaje – to fundament. Jeśli Kozubal i Mrozek zostaną zatrzymani choć na jesień, jeśli nowi zawodnicy wpasują się szybko, jeśli Lis lub ktoś inny skutecznie zastąpi odchodzących – wtedy Liga Mistrzów przestaje być marzeniem, a staje się planem. Ale jedno „jeśli” za dużo i sezon 2026/27 zacznie się z połową nowej drużyny i koniecznością budowania od nowa tego, co Frederiksen mozolnie składał przez dwa lata.
Lato 2026 w Poznaniu będzie gorące. I nie chodzi o pogodę.