W czwartek wieczorem piłkarze Lecha Poznań zremisowali w Szwajcarii z FC Thun 2:2 i przy łącznym wyniku 9:2 w dwumeczu zameldowali się w fazie ligowej Ligi Europy. W piątek dowiedzieli się, że jesienią zagrają z Bayerem Leverkusen, Benficą i Crystal Palace. A w niedzielę, zaledwie trzy dni po meczu w Bernie, muszą wsiadać do autokaru i jechać na Stadion Widzewa – jedno z miejsc, w których mistrzowi Polski ostatnio nie wychodzi prawie nic.
Łódź – miasto, w którym tytuł nie chroni
Statystyki bezpośrednich spotkań na al. Piłsudskiego powinny dawać trenerowi Nielsowi Frederiksenowi do myślenia. W trzech ostatnich wizytach na Stadionie Widzewa Lech wygrał zero razy – przegrał dwukrotnie 1:2 i raz zremisował 1:1. Ostatni z tych bolesnych wieczorów zdarzył się w marcu tego roku, gdy ówczesny zespół Aleksandara Vukovicia pokonał przyszłego mistrza Polski i przypomniał, że w Łodzi forma tabelowa znaczy niewiele.
To mecz, który Widzew tradycyjnie traktuje jak wizytówkę. Stadion przy al. Piłsudskiego na niespełna osiemnaście tysięcy miejsc potrafi stworzyć atmosferę, w której nawet najlepsze drużyny gubią swój rytm. Pytanie brzmi: czy Lech po maratonie kwalifikacyjnym będzie miał siłę, żeby ten rytm w ogóle narzucić.
Jedenaście meczów w siedem tygodni
Niedzielne spotkanie będzie dla Kolejorza jedenastym oficjalnym meczem od połowy lipca. Superpuchar z Górnikiem Zabrze, dwumecz z AGF Aarhus w eliminacjach Ligi Mistrzów, dwumecze z KI Klaksvík i FC Thun w Lidze Europy – plus trzy ligowe spotkania wciśnięte między te europejskie obowiązki. To tempo, które zna każdy kibic polskiego klubu walczącego na dwóch frontach: liga czeka, Europa nie odpuszcza, a ławka nie jest z gumy.
Właśnie dlatego Lech rozegrał dopiero trzy mecze w Ekstraklasie, gdy większość rywali ma na koncie pięć albo sześć. W tych trzech spotkaniach zdobył siedem punktów – remis z Cracovią na inaugurację, a potem dwa zwycięstwa z Wieczystą Kraków i Piastem Gliwice. Bilans bramkowy 5:1 sugeruje solidność, ale mała liczba meczów sprawia, że pozycja Lecha w tabeli – szóste miejsce – to raczej kwestia kalendarza niż formy.
Dwa oblicza europejskiej przygody
Droga Lecha przez kwalifikacje Ligi Europy wyglądała jak scenariusz, w którym scenarzysta nie mógł się zdecydować na gatunek. Najpierw eliminacje Ligi Mistrzów i wielkie nadzieje – wyjazdowa wygrana 4:1 z AGF Aarhus, która postawiła Kolejorza jedną nogą w kolejnej rundzie. A potem katastrofa: przegrana u siebie 1:4 z tym samym rywalem i odpadnięcie po rzutach karnych. Trzybramkowa zaliczka wyparowana w dziewięćdziesiąt minut.
Spadek do eliminacji Ligi Europy okazał się jednak początkiem zupełnie innej opowieści. KI Klaksvík z Wysp Owczych został pokonany łącznie 6:0, a FC Thun z Szwajcarii – 9:2. Pierwszy mecz ze Szwajcarami, wygrany w Poznaniu 7:0, przeszedł do historii jako najwyższe zwycięstwo Lecha w europejskich pucharach. Dwa trafienia Patrika Walemarke, gole Allahyara Sayyadmanesha, Mateusza Skrzypczaka, Radosława Murawskiego, Daniela Hakansa i Roberta Gumnego – to był wieczór, gdy przy Bułgarskiej wszystko działało.
Teraz przed Lechem jesień z Bayerem Leverkusen, Benficą, Ferencvárosem, Royale Union Saint-Gilloise, Sunderlandem, Crystal Palace, Torreense i OFI Kreta. Losowanie, które wypadło w piątek w Monako, przyniosło wielkie nazwiska – ale też realne wyzwanie kadrowe. Osiem dodatkowych meczów między wrześniem a styczniem oznacza, że rotacja składu stanie się koniecznością, nie luksusem.
Widzew – dużo goli, mało spokoju
Po drugiej stronie boiska czeka drużyna, która w tym sezonie dostarcza emocji w nadmiarze – niestety, nie zawsze takich, jakich życzyliby sobie kibice przy al. Piłsudskiego. Widzew Aleksandara Vukovicia po pięciu kolejkach ma na koncie remis z Motorem Lublin 2:2, bezbramkowy remis w Płocku, niespodziewaną wygraną 2:0 na wyjeździe z Jagiellonią Białystok, domową porażkę 1:2 z Koroną Kielce i widowiskowy remis 3:3 ze Śląskiem Wrocław. Jedna wygrana, trzy remisy, jedna porażka – sześć punktów i ósme miejsce w tabeli.
Szczególnie bolesna była porażka z Koroną. Widzew objął prowadzenie już w ósmej minucie po trafieniu Steve’a Kapuadiego, ale w ciągu zaledwie czterech minut Morgan Fassbender odwrócił wynik dwoma golami przy stałych fragmentach gry. Brak odporności na szybkie ciosy – to problem, który Vuković musi rozwiązać, zanim do Łodzi przyjadą europejscy mistrzowie.
Z drugiej strony – ofensywa Widzewa funkcjonuje. Osiem strzelonych bramek w pięciu meczach to przyzwoita średnia.
Zmęczenie kontra ambicja
Kluczowe pytanie przed niedzielnym gwizdkiem sprowadza się do jednego słowa: regeneracja. Lech grał w czwartek w Szwajcarii, wylądował w Polsce w nocy, a w niedzielę o 20:15 musi być gotowy na intensywność, z jaką gra Widzew u siebie. Trzy dni przerwy po meczu europejskim to standard, z którym polskie kluby borykają się od lat – ale Frederiksen miał przynajmniej komfort prowadzenia 7:0 z pierwszego meczu, co pozwoliło mu rotować skład w rewanżu.
W Szwajcarii duński szkoleniowiec posłał do gry między innymi Gustava Berggrena zamiast Pabla Rodrigueza od początku i wprowadził zmienników przed ostatnim kwadransem. To może zaprocentować w Łodzi, gdzie świeżość nóg bywa ważniejsza niż nazwiska w składzie.
Widzew z kolei miał tydzień przerwy od ostatniego meczu. Vuković mógł spokojnie przygotować plan na mistrza Polski, przeanalizować jego europejskie mecze i znaleźć luki. Pytanie, czy wykorzysta przewagę regeneracyjną do narzucenia wysokiego pressingu – tego samego, który w marcu odebrał Lechowi oddech i trzy punkty.
Niedzielny wieczór w Łodzi pokaże, czy Lech potrafi pogodzić europejskie ambicje z ligową codziennością. A może raczej – czy Widzew potrafi po raz trzeci z rzędu udowodnić, że w Sercu Łodzi mistrz Polski jest tylko gościem.