Kiedy wiatr uderza od zachodu – a w Wielkopolsce uderza od zachodu częściej niż skądinąd – powierzchnia Jeziora Lusowskiego marszczy się jak skóra ogromnego zwierzęcia. Fale biją o piaszczysty brzeg z zaskakującą siłą, a woda, która jeszcze rano była gładka jak lustro, zamienia się w miniaturowy ocean. Sto dwadzieścia hektarów wody, pięć kilometrów od granic Poznania.
Jezioro Lusowskie ma w sobie coś z niespodzianki. Jadąc z Poznania na zachód, przez podmiejskie osiedla i pola uprawne gminy Tarnowo Podgórne, nie spodziewasz się nagle natrafić na akwen tej wielkości. A jednak – tuż za Lusowem rozpościera się jeden z największych naturalnych zbiorników wodnych w powiecie poznańskim. Sto siedemnaście do stu dwudziestu dwóch hektarów (źródła różnią się w pomiarach), głębokość maksymalna blisko dwudziestu metrów, a średnia ponad osiem i pół – to parametry, które robią wrażenie nawet na tle wielkopolskich jezior pojeziernych.
Jezioro na Wysoczyźnie – geologiczna zagadka
Lusowskie leży na terenie Wysoczyzny Grodziskiej – wyżynnego płaskowyżu morenowego, który pozostał po ostatnim zlodowaceniu. To teren pagórkowaty, z gliniastymi wzgórzami i głębokimi dolinami, w których lodowiec pozostawił zagłębienia wypełnione później wodą. Jezioro ma kształt zbliżony do owalu, z linią brzegową słabo rozwiniętą – co oznacza, że brzegi są raczej łagodne, bez głębokich zatok i półwyspów. To nadaje akwenowi charakter otwarty, szeroki, niemal morski – zwłaszcza przy wspomnianym zachodnim wietrze, który ma tu swobodny przebieg nad płaskimi polami i nie napotyka żadnych naturalnych przeszkód, zanim dotrze do tafli wody.
Zwierciadło wody położone jest na wysokości niespełna osiemdziesięciu metrów nad poziomem morza. Przez jezioro przepływa – lub, według niektórych hydrologów, w nim się rozpoczyna – rzeka Sama. Ta niewielka rzeka, dopływ Obry, wiedzie dalej na zachód, przez wsie i pola aż do granicy powiatu. Nazwa „Sama” jest jedną z tych staropolskich nazw rzecznych, które brzmią jak zaklęcie – krótko, twardo, bez ozdobników. Na północno-wschodnim krańcu jeziora leży wieś Lusowo, zaś na południowo-zachodnim – Lusówko.
Woda w Lusowskim jest stosunkowo czysta. Badania z przełomu wieków klasyfikowały ją do trzeciej klasy czystości, co na tle zanieczyszczonych jezior aglomeracji poznańskiej jest wynikiem przyzwoitym. Brzegi jeziora są niemal bezleśne – to odróżnia Lusowskie od leśnej Rusałki czy otoczonego grądami Strzeszynku. Zamiast gęstego lasu wokół jeziora rozciągają się pola, łąki i niewielkie zagajniki, co daje zupełnie inny krajobraz – otwarty, rozległy, z panoramą nieba, której miejskie jeziora nie mogą zaoferować.
Lusowo – wieś starsza niż większość miast
Najwcześniejsze wzmianki o Lusowie pochodzą z XII wieku, kiedy książę Mieszko Stary – ten sam, który sprowadził joannitów do Poznania – nadał wieś kapitule poznańskiej. Od tego czasu Lusowo należało do kościoła, a dochody z dóbr przeznaczano na utrzymanie dziekana katedry poznańskiej. To ciekawy szczegół – oznacza, że jezioro od ponad ośmiu wieków leży na ziemiach, które pierwotnie miały służyć celom duchowym, a nie gospodarczym. Być może dlatego okolice zachowały relatywnie dziki charakter – nie ma tu fabryk, składów ani miejskiej zabudowy, a Lusowo do dziś jest wsią, choć leży zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum Poznania. Kościół w Lusowie, pod wezwaniem świętej Jadwigi i świętego Jakuba Apostoła, pamięta czasy, gdy wieś była kościelnym majątkiem, a ryby z jeziora trafiały na stoły duchownych.
Baśń o jeziorniku, który okazał się łobuziakiem
Z Jeziorem Lusowskim wiąże się lokalna legenda, uwieczniona w zbiorze baśni z doliny rzeki Samy. Opowiada o jeziorniku – istocie, którą w okolicach obwiniano o wszelkie nieszczęścia zdarzające się nad wodą i w jej pobliżu. Topielce, zaginięcia, rybackie pechy – wszystko przypisywano złowrogiej postaci czyhającej pod powierzchnią. Mieszkańcy Lusowa żyli w strachu, a żaden rybak nie chciał zapuszczać się na środek jeziora po zmroku.
Pewnego dnia, gdy wieś zebrała się, żeby wymierzyć sprawiedliwość tajemniczemu jeziornikowi, od samosądu uratowała go starsza kobieta. Rozpoznała w przerażającej postaci kolegę z dzieciństwa – niejakiego Grzecha, chłopca słynącego z okrucieństwa i złośliwości, który lata wcześniej zaginął na okolicznych bagnach i od tego czasu pokutował w jeziorze. Gdy staruszka wypowiedziała jego prawdziwe imię, jeziornik zniknął – pokuta została wypełniona. Od tamtego dnia, jak zapewnia baśń, nad Jeziorem Lusowskim przestało straszyć.
Legenda ta, choć prosta w fabule, mówi wiele o stosunku dawnych mieszkańców Wielkopolski do wody – postrzeganej jednocześnie jako źródło życia i miejsce, gdzie granica między światem żywych a umarłych jest cienka jak tafla lodu w marcu. Motyw wypowiedzenia imienia jako aktu wyzwolenia pojawia się w wielu tradycjach folklorystycznych – to echo wiary, że nazwanie rzeczy odbiera jej moc. W tym sensie lusowska baśń jest głębsza, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Plaża, która konkuruje z nadmorskimi kurortami
Kąpielisko w Lusowie ma opinię jednej z najlepszych plaż w całej aglomeracji poznańskiej – a niektórzy mówią wprost: najlepszej w Wielkopolsce. Główna, zagospodarowana plaża leży na północno-wschodnim brzegu jeziora, przy wsi Lusowo. Piaszczysta, szeroka, z pomostem wchodzącym w jezioro, z wypożyczalnią sprzętu wodnego, boiskami do siatkówki plażowej, placem zabaw, toaletami i punktem gastronomicznym – ma wszystko, czego oczekuje się od zorganizowanego kąpieliska. Linia brzegowa plaży liczy sześćdziesiąt sześć metrów, a sezon kąpielowy trwa zwykle od końca czerwca do końca sierpnia. Plaża została w ostatnich latach zmodernizowana ze środków unijnych, co widać w infrastrukturze – nawet jeśli pomost po kilku sezonach użytkowania zaczyna domagać się kolejnych napraw.
Ale prawdziwi znawcy Lusowskiego kierują się na południe i zachód, gdzie brzeg jest dziki, bez infrastruktury, z niewielkimi piaszczystymi plażami ukrytymi między trzcinami. Tu można rozłożyć koc pod drzewem i mieć jezioro niemal dla siebie – szczególnie w dni robocze. Południowo-zachodnia część jeziora to zupełnie inny świat niż turystyczna północ. Bagna, trzcinowiska, gęste zarośla nadbrzeżne – to teren, który w 2020 roku odkryli na nowo poznaniacy szukający bezludnych miejsc podczas pandemii. Okazał się ekologiczną perełką: bagienne łąki pełne ptaków, plaże dostępne tylko pieszo przez wąskie leśne ścieżki, i cisza, której w aglomeracji prawie nie sposób znaleźć.
Chrząszcz, którego nikt nie spodziewał się w Lusowie
W 1997 roku na północnym brzegu jeziora entomolodzy stwierdzili występowanie chrząszcza z rodziny zalęszczycowatych – było to nowe stanowisko tego gatunku na terytorium Polski. Ten drobny owad, niepozorny i trudny do zauważenia gołym okiem, jest wskaźnikiem specyficznych warunków siedliskowych – jego obecność świadczy o tym, że brzegi Lusowskiego zachowały cechy, które w intensywnie użytkowanym krajobrazie rolniczym należą do rzadkości. To kolejny argument za tym, żeby traktować jezioro nie tylko jako kąpielisko, ale jako wartościowy ekosystem, który warto chronić. Nad wodą spotyka się też bogatą awifaunę – kaczki krzyżówki, łyski, perkozy, a czasem czaplę siwą stojącą nieruchomo na jednej nodze, jak pomnik cierpliwości ustawiony pośrodku trzcinowiska.
Jak dotrzeć i kiedy jechać
Lusowskie leży w gminie Tarnowo Podgórne, około pięciu kilometrów na zachód od granic Poznania. Samochodem z centrum miasta jedzie się dwadzieścia-dwadzieścia pięć minut. Dojazd komunikacją publiczną jest możliwy, choć wymaga przesiadki – autobus podmiejski do Lusowa, a dalej kilkaset metrów pieszo do plaży. Rowerem z zachodnich dzielnic Poznania to niecała godzina – trasa wiedzie przez Junikowo i Przeźmierowo, częściowo ścieżkami rowerowymi, częściowo drogami lokalnymi. Warto też wiedzieć, że gmina Tarnowo Podgórne zainwestowała w okolicach jeziora w infrastrukturę rekreacyjną – w niedalekiej odległości od plaży znajduje się ośrodek sportowy, a kilka kilometrów dalej na zachód, w samym Tarnowie Podgórnym, działają termy – co czyni z okolic Lusowskiego prawdziwy rekreacyjny klaster, choć mało kto postrzega go w ten sposób.
Najlepsza pora? Czerwiec, zanim zaczną się wakacyjne tłumy. Wieczory nad Lusowskim bywają spektakularne – jezioro leży na osi wschód-zachód, więc zachody słońca padają wprost na taflę wody, zamieniając ją w płynne złoto. Warto zostać do momentu, gdy słońce zniknie za horyzontem i niebo przybierze kolor dojrzałej brzoskwini – w takich chwilach Lusowskie nie jest już jeziorem podmiejskim, lecz miejscem poza czasem. Kto widział taki zachód z dzikiego brzegu Lusowskiego, ten nie potrzebuje Morza Śródziemnego. Przynajmniej przez chwilę.