Jeszcze kilka lat temu Poznań zastanawiał się, jak pomieścić kolejne roczniki uczniów. Dziś coraz częściej musi zastanawiać się, co zrobić z pustymi salami. Liczba urodzeń spada, rodziny przenoszą się do gmin podmiejskich, a szkoły w centrum zaczynają tracić uczniów. To dopiero początek zmiany, która przez najbliższe kilkanaście lat przejdzie przez cały system edukacji.
Siedem lat wcześniej w tym samym mieście rodzice odświeżali strony systemu naboru z zupełnie innym uczuciem. Wtedy problemem nie było to, że dzieci jest za mało.
Lato, w którym zabrakło ławek
Lipiec 2019. Do poznańskich szkół średnich w pierwszym naborze przyjęto ponad czternaście tysięcy osób. Kumulacja roczników sprawiła, że o miejsca ubiegali się jednocześnie absolwenci ósmych klas i absolwenci gimnazjów.
Arytmetyka nie zostawiała złudzeń. Po pierwszej turze do żadnego liceum nie dostało się ponad dwa i pół tysiąca kandydatów, a wolnych miejsc w ogólniakach zostało około tysiąca czterystu. Progi punktowe poszły w górę. Różnica między pierwszym a ostatnim uczniem na liście przyjętych wynosiła w niektórych szkołach kilka punktów.
To był rok, w którym nastolatek z bardzo dobrym świadectwem mógł nie dostać się nigdzie. Rodzice zapamiętali to na długo.
Lato, w którym zabrakło dzieci
Siedem lat później problem odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. W tegorocznej rekrutacji do poznańskich podstawówek zgłosiło się znacznie mniej kandydatów niż w nie tak dalekiej przeszłości. Klasy, które kiedyś pękały przy dwudziestu pięciu uczniach, liczą dziś kilkanaście.
Najgorzej jest w ścisłym centrum. Chociaż problem pustych sal dotyka całego miasta, to placówki na Starym Mieście są w sytuacji najtrudniejszej. Coraz częściej pada tam słowo, którego dyrektorzy nie lubią wymawiać: przekształcenie.
Miejski urząd studzi nastroje. Poznań nie zapowiada likwidacji żadnej szkoły.
Fala, która idzie przez cały system
Żeby zrozumieć, co się dzieje, trzeba przestać myśleć o szkołach osobno i zobaczyć jeden rocznik w ruchu. Dziecko urodzone w danym roku pojawia się najpierw w żłobku, trzy lata później w przedszkolu, po kolejnych czterech w pierwszej klasie, po ośmiu w liceum, a po następnych czterech na uczelni albo na rynku pracy. Fala idzie przez system piętnaście, dwadzieścia lat.
Dlatego dziś skutki widać w miejscach bardzo różnych. Przedszkola już dostały cios. Oddziały przedszkolne w szkołach podstawowych praktycznie zniknęły. A licea? Licea jeszcze nic nie czują. Uczą się w nich stosunkowo liczne roczniki z lat 2016-2018, ostatnie przed prawdziwym załamaniem. To złudzenie, które potrwa kilka lat, a potem pęknie.
Dzieci się nie rozpłynęły. One się wyprowadziły
Tu dochodzimy do rzeczy, którą łatwo przeoczyć, patrząc wyłącznie na wykresy urodzeń. Poznań nie traci najmłodszych mieszkańców tylko dlatego, że rodzi się ich mniej. Traci ich również dlatego, że wyjeżdżają za miasto – razem z rodzicami, kredytem i szkolnym plecakiem.
Liczby są bezlitosne w swojej symetrii. W latach 2002-2024 liczba mieszkańców Poznania spadła o siedem procent, do niespełna pięciuset trzydziestu siedmiu tysięcy. W tym samym czasie powiat poznański urósł o niemal sześćdziesiąt osiem procent i ma dziś ponad czterysta pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Aglomeracja jako całość nie kurczy się wcale.
Odejścia widać w gminach przyległych. Według prognoz GUS to właśnie te gminy, obok Dopiewa, mają zanotować jedne z największych przyrostów ludności w całym kraju.
Jedno miasto pilnie potrzebuje nowych szkół. Drugie, dziesięć kilometrów dalej, nie wie, co zrobić z pustymi salami. To ta sama aglomeracja.
Co zrobić z salą, w której nie ma komu siedzieć
W marcu 2026 roku miejska komisja oświaty zaczęła prace nad nową strategią edukacyjną, która ma odpowiedzieć na zmiany demograficzne. Padają na niej pomysły adaptacji budynków na cele społeczne – choćby dla seniorów, których w mieście przybywa dokładnie w tym samym tempie, w jakim ubywa dzieci.
Skala wyzwania jest jednak dużo większa niż jedno miasto. Ministerstwo edukacji szacuje, że między rokiem szkolnym 2026/2027 a 2042/2043 z polskiego systemu ubędzie ponad półtora miliona uczniów – średnio sto dziesięć tysięcy rocznie. Prognozy GUS mówią o spadku liczby dzieci w wieku 7-14 lat o blisko jedną piątą do 2034 roku.
Eksperci powtarzają, że zamykanie szkół nie może być jedyną odpowiedzią, bo podstawówka na osiedlu bywa ostatnim miejscem, w którym sąsiedzi się w ogóle spotykają. Ale odpowiedzi innej niż zamykanie na razie nikt nie wdrożył na dużą skalę.
Horyzont, którego nikt nie chce oglądać
W poznańskich szpitalach w 2020 roku odebrano prawie czternaście tysięcy porodów. W 2025 – niecałe dziewięć i pół tysiąca. To spadek o ponad trzydzieści procent w pięć lat, przy czym statystyka obejmuje też dzieci spoza miasta, więc rzeczywisty spadek wśród samych poznaniaków może być jeszcze głębszy.
Te dzieci, których w 2025 roku urodziło się dziewięć i pół tysiąca, pójdą do pierwszej klasy we wrześniu 2032 roku. Podstawówkę skończą w 2040. Maturę zdadzą w 2044.
Wszystkie decyzje o tym, ile będzie dla nich szkół, ilu nauczycieli i gdzie te budynki mają stać, zapadają dziś. Pytanie brzmi tylko, czy ktokolwiek planuje z takim wyprzedzeniem – czy znowu policzymy dopiero wtedy, gdy zabraknie ławek. Albo dzieci.