Lech Poznań leci na Wyspy Owcze pierwszy raz w swojej historii, a klub ma tę historię od 1922 roku. W bagażu podręcznym wiezie jedną bramkę zaliczki i pytanie, na które nikt w Poznaniu nie chce odpowiadać na głos: co, jeśli znowu?
Jeden gol i dziewiętnaście strzałów
Pierwszy mecz przy Bułgarskiej wyglądał jak zapowiedź spokojnego wieczoru, która nigdy się nie ziściła. Lech oddał dziewiętnaście strzałów, sześć celnych, dominował posiadanie piłki i przez większość spotkania grał wyłącznie na połowie rywala. A skończyło się 1:0, po uderzeniu Yannicka Agnero, który wszedł z ławki i trafił w samej końcówce.
Farerzy odpowiedzieli pięcioma próbami. Po jednej z nich piłka odbiła się od poprzeczki bramki Mateusza Lisa i to właśnie ten moment najlepiej tłumaczy, dlaczego czwartkowy wieczór nie jest formalnością. Gdyby tamten strzał był o kilka centymetrów niżej, Lech leciałby dziś na Wyspy Owcze z remisem w kieszeni i zupełnie innym ciśnieniem.
Matematyka jest prosta i dlatego okrutna. Remis albo wygrana oznaczają awans po dziewięćdziesięciu minutach. Zwycięstwo gospodarzy jedną bramką to dogrywka. Wygrana Farerów dwoma golami to koniec przygody z Ligą Europy. Nie ma tu miejsca na kalkulacje, jest tylko jedna rzecz do zrobienia: nie stracić gola przez półtorej godziny na sztucznej murawie, po której Lech przed meczem nawet nie pochodzi.
Gospodarz, który nie zagra u siebie
Najciekawszy wątek tego dwumeczu nie dotyczy piłki. KI Klaksvik miał zgodę UEFA na rozegranie meczu na swoim obiekcie Við Djúpumýrar, ale zgody nie wydała miejscowa policja. Powód: spodziewany przyjazd dużej grupy kibiców Lecha do miasteczka, które ma około pięciu tysięcy mieszkańców. Klub próbował się odwołać. Decyzja okazała się ostateczna.
Skala nieporozumienia robi wrażenie dopiero w zestawieniu. Na ostatni mecz z Arką przy Bułgarskiej przyszło ponad czterdzieści jeden tysięcy widzów, czyli osiem razy więcej ludzi, niż liczy całe miasto czwartkowego rywala. Djúpumýrar mieści dwa tysiące sześćset osób. Poznańska publiczność po prostu się tam nie mieści, i to nie w przenośni.
Mecz przeniesiono więc na Tórsvøllur w Tórshavn, stadion narodowy Wysp Owczych, otwarty w 1999 roku i mieszczący nieco ponad sześć tysięcy widzów. Paradoks polega na tym, że to żadna kara dla gospodarzy. Wszystkie swoje najsłynniejsze europejskie wieczory Klaksvik i tak rozgrywał właśnie tam.
Klub z rybackiego miasteczka, który napisał historię
Klaksvíkar Ítróttarfelag, w skrócie KI, założono w 1904 roku. To dwudziestodwukrotny mistrz Wysp Owczych, siedmiokrotny zdobywca krajowego pucharu, w 2025 roku triumfator dubletu. Brzmi jak lokalny hegemon i nim jest, ale prawdziwa legenda tego klubu zaczyna się w lipcu 2023 roku w Budapeszcie.
Farerzy pojechali wtedy na Groupama Arenę i wygrali z Ferencvárosem 3:0. Na oczach osiemnastu tysięcy Węgrów. Potem wyeliminowali szwedzki Häcken, przegrali z Molde dopiero po dogrywce i wpadli do fazy grupowej Ligi Konferencji jako pierwszy farerski klub w historii. W październiku 2023 zremisowali u siebie bezbramkowo z Lille, a trzy tygodnie później rozbili Olimpiję Lublana 3:0. Grupę skończyli na ostatnim miejscu i nikt na wyspach nie miał im tego za złe.
Tamten sezon zmienił klub w organizm zawodowy. Zespół prowadzony przez Magnusa Powella gra tak, jak grają drużyny świadome swoich ograniczeń: głęboka obrona, dyscyplina, cierpliwość bez piłki i wyprowadzane błyskawicznie kontry. To nie jest piłka do oglądania. To piłka do wygrywania z lepszymi.
Co jest na stole
Awans oznacza dwie rzeczy naraz. Po pierwsze, dwumecz IV rundy eliminacji Ligi Europy, 20 sierpnia w Poznaniu i 27 sierpnia na wyjeździe, ze zwycięzcą pary FC Thun i Víkingur Reykjavik. Szwajcarzy wygrali u siebie pierwsze spotkanie 3:0, więc rywal rysuje się dość wyraźnie. Po drugie, i ważniejsze: przejście Klaksviku gwarantuje Lechowi grę w fazie ligowej Ligi Konferencji niezależnie od tego, co wydarzy się później.
To nie jest wyłącznie kwestia prestiżu. Za sam awans do fazy ligowej Ligi Konferencji UEFA wypłaca 3,17 miliona euro, a stawka ta obowiązuje do końca sezonu 2026/2027. Do tego dochodzi 400 tysięcy za każde zwycięstwo i 133 tysiące za remis w sześciu kolejkach.
Porażka nie kończy sezonu w Europie, ale zmienia go w zupełnie inną opowieść. Lech spadłby wtedy do IV rundy kwalifikacji Ligi Konferencji, gdzie czekałby zwycięzca pary Riga FC i ETO FC Győr. Łotysze wygrali pierwszy mecz 1:0. Mistrz Polski musiałby wygrywać jeszcze jeden dwumecz o coś, co w czwartek może sobie zapewnić remisem.
Forma, kadra i praktyczne szczegóły
Dobra wiadomość jest taka, że Lech przyjeżdża do Tórshavn w najlepszym momencie sezonu. Trzy zwycięstwa z rzędu we wszystkich rozgrywkach, dwa ostatnie mecze bez straconej bramki i pewne 3:0 z Piastem Gliwice. W meczu z Piastem gole padły wyłącznie po strzałach rezerwowych, a otwierał je Mikael Ishak, dwie minuty po wejściu na boisko za Agnero.
Rywal jedzie na ten mecz w gorszym nastroju. W ostatnim ligowym występie przed rewanżem Klaksvik przegrał u siebie i stracił fotel lidera na rzecz NSÍ Runavík, a w pięciu poprzednich kolejkach wygrał tylko raz. Do składu wraca za to Hallur Hansson, doświadczony pomocnik, który w Poznaniu pauzował za kartki. Prawdopodobnie będzie to jedyna zmiana u gospodarzy.
Frederiksen nie ma powodów do eksperymentów i najpewniej wystawi podobny zestaw co przed tygodniem. Na mecz jednak nie udali się Yegbe i Agnero, którzy muszą załatwić formalności wizowe.
Początek w czwartek o 19:30 czasu polskiego, czyli 18:30 na miejscu. Sędziować będzie Chorwat Igor Pajač. Transmisja w TVP 2 oraz na sport.tvp.pl i w aplikacji TVP Sport.
Wieczór, którego Poznań nie chce powtórzyć
Nad tym wszystkim wisi jeszcze jeden cień, i nie jest to cień Klaksviku. 21 lipca Lech wygrał w Aarhus 4:1 i wyglądał na drużynę, która zaraz zamelduje się w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Osiem dni później przegrał u siebie 1:4 i odpadł po rzutach karnych. Frederiksen powiedział wtedy, że po ponad trzydziestu latach w zawodzie trudno mu wskazać bardziej bolesną porażkę.
Dlatego jedna bramka zaliczki brzmi w Poznaniu tak niepewnie. Bo miesiąc temu trzy gole zaliczki nie wystarczyły.
W czwartek wieczorem na wyspie oddalonej o blisko tysiąc osiemset kilometrów od Poznania, na sztucznej murawie, przy dwunastu stopniach i wietrze znad Atlantyku, mistrz Polski będzie bronił wyniku, który zbudował jednym strzałem w ostatnich minutach. Wystarczy remis. Pytanie brzmi, czy po tym lipcu ktokolwiek przy Bułgarskiej potrafi jeszcze powiedzieć „wystarczy” bez zaciśniętych zębów.