Sport

Lech Poznań – Aarhus: trzy gole zaliczki i ogromna stawka

Do przerwy w Randers było 2:0, a bramkarz Aarhus oglądał już mecz z szatni. Duński mistrz, który tytuł odzyskał po czterdziestu latach, dostał lekcję od zespołu, który w europejskich pucharach zaczyna czuć się jak u siebie. Teraz Lech Poznań ma do rozegrania dziewięćdziesiąt minut, które w najgorszym razie powinny być formalnością – i w najlepszym otwierają drzwi do miejsca, w którym klub nie był jeszcze nigdy.

Co się wydarzyło w Danii

Pierwszy mecz drugiej rundy eliminacji Ligi Mistrzów rozegrano 21 lipca nie w Aarhus, lecz w Randers – stadion gospodarzy jest przebudowywany. Na trybunach zasiadło około 9,5 tysiąca widzów, komplet.

Początek należał do Duńczyków, ale w 29. minucie Mikael Ishak uderzeniem z około dziesięciu metrów posłał piłkę pod poprzeczkę. Osiem minut później sprawa zaczęła się rozstrzygać sama: bramkarz Jesper Hansen zagrał ręką poza polem karnym i obejrzał bezpośrednią czerwoną kartkę.

Grając w przewadze, Lech nie odpuścił. Jeszcze przed przerwą trafił Patrik Walemark, po zmianie stron kontaktową bramkę zdobył Kristian Arnstad, a odpowiedzią było najpiękniejsze uderzenie wieczoru – Terry Yegbe z dystansu, po raz pierwszy w koszulce Kolejorza. Cztery minuty później Walemark ustalił wynik na 1:4 po podaniu Luisa Palmy.

Ostatni kwadrans Lech przespacerował. Tak wygląda mecz, w którym wszystko idzie zgodnie z planem, a nawet trochę lepiej.

Ile naprawdę warta jest zaliczka

Rewanż w środę 29 lipca o 19:00 na Enea Stadionie (transmisja w TVP Sport).

Arytmetyka jest prosta i dla gości okrutna. Zasada bramek wyjazdowych nie obowiązuje od pięciu lat, więc Aarhus musi wygrać w Poznaniu trzema golami, by doprowadzić do dogrywki, i czterema, by awansować w regulaminowym czasie. Duńczycy przyjeżdżają z bilansem, którego w europejskich pucharach nie odrabia się często.

Rzecz w tym, że Lech takie mecze już przerabiał, i to z obu stron. Rok temu odpadł w kwalifikacjach po dwumeczu z Crveną zvezdą i zamknął sobie drogę do Champions League. Tego wieczoru chodzi więc nie tylko o awans, ale o coś, czego w tabelach nie widać.

Kogo zabraknie

Do gry nie jest gotowy Ali Gholizadeh, który wraca po zerwaniu więzadeł krzyżowych. Nie zagra też Alex Douglas, choć Szwed jest już blisko powrotu do indywidualnych treningów.

W Danii Niels Frederiksen postawił na ustawienie z Mateuszem Lisem w bramce, czwórką Michał Gurgul – Wojciech Mońka – Terry Yegbe – Joel Pereira i duetem Radosław Murawski – Antoni Kozubal w środku. Z przodu Walemark, Pablo Rodriguez i Palma za Ishakiem. Ta jedenastka zdobyła cztery gole w niecałe czterdzieści minut.

Jest jednak czynnik, o którym łatwo zapomnieć: kalendarz. Superpuchar, mecz w Danii, ligowa inauguracja, rewanż, a trzy dni później wyjazd do Wieczystej Kraków. Pięć spotkań w siedemnaście dni, na starcie sezonu, przy lipcowych temperaturach.

Lato, w którym Lech kupował, a nie sprzedawał

Najważniejsze, co wydarzyło się przy Bułgarskiej tego lata, to coś, czego nie było. Nie było wyprzedaży.

Do klubu przyszli natomiast czterej zawodnicy z konkretnych europejskich adresów. Terry Yegbe, reprezentant Ghany, kosztował około trzech milionów euro i podpisał kontrakt do czerwca 2030 roku – w Danii od razu pokazał, po co go kupiono. Luis Palma, który wcześniej grał w Poznaniu na wypożyczeniu z Celtiku, został wykupiony na stałe za mniej więcej cztery miliony.

Bramkarską lukę wypełnił Mateusz Lis, sprowadzony z tureckiego Göztepe. Sayyadmanesh przyszedł z Westerlo bez kwoty odstępnego. Odeszli z kolei Antonio Milić i Kornel Lisman, a do macierzystych klubów wrócili Plamen Andriejew, Timothy Ouma i Taofeek Ismaheel.

Bilans transferowy tego okienka jest wyraźnie ujemny – klub wydał więcej, niż zarobił. To rzadka sytuacja w polskiej piłce i najczytelniejsza deklaracja intencji, jaką można było złożyć. Okienko zamyka się na początku września. Jeśli Lech dojdzie daleko, wartość Kozubala czy Mońki wzrośnie szybciej, niż zdąży o tym zdecydować.

Co dalej, jeśli się uda

W trzeciej rundzie czeka zwycięzca pary Sabah Baku – KuPS Kuopio. Azerowie wygrali u siebie 1:0 po golu Veljko Simicia w doliczonym czasie pierwszej połowy, a rewanż w Kuopio rozgrywany jest we wtorek. W barwach Sabah gra Tymoteusz Puchacz, który piłkarską drogę zaczynał właśnie w Lechu. W KuPS – Piotr Parzyszek.

Terminy są znane: pierwsze mecze 4 lub 5 sierpnia, rewanże 11 sierpnia. Potem, w razie awansu, zostaje ostatnia przeszkoda – faza play-off w dniach 18-19 i 25-26 sierpnia. Lech jest rozstawiony w każdej rundzie eliminacji, co w tej drabince ma niebagatelne znaczenie.

Gdyby środa poszła nie tak, sezon się nie kończy. Kolejorz spadłby wtedy do trzeciej rundy kwalifikacji Ligi Europy, a rywalem byłby przegrany pary KI Klaksvik – Żalgiris Kowno.

Stawka, którą da się policzyć

Awans przez Aarhus oznacza pewną grę w fazie ligowej Ligi Konferencji, czyli europejskie mecze co trzy, cztery dni aż do połowy grudnia. Sama kwalifikacja do tej fazy jest warta 3,17 miliona euro.

Dalej stawki rosną skokowo. Za samo dojście do fazy play-off Ligi Mistrzów UEFA wypłaca 4,29 miliona euro, nawet w przypadku odpadnięcia. Awans do fazy ligowej Champions League to już 18,62 miliona – tyle otrzyma każda z trzydziestu sześciu drużyn. Do tego dochodzi 2,1 miliona za każde wygrane spotkanie i 700 tysięcy za remis. Remis w Lidze Mistrzów jest więc wart więcej niż zwycięstwo w Lidze Konferencji.

Dla porównania: w całym poprzednim sezonie europejskim, zakończonym w 1/8 finału Ligi Konferencji, Lech zarobił 9,41 miliona euro. Jeden awans do elity byłby wart dwa razy tyle – i to zanim piłka pierwszy raz poleciałaby w pole.

To, czego jeszcze nie było

Lech Poznań ma dziesięć tytułów mistrza Polski, a ostatnie dwa zdobył z rzędu – po raz pierwszy od trzydziestu trzech lat. Grał w europejskich pucharach jesienią i wiosną, wygrywał w Wiedniu i w Czechach, doszedł do 1/8 finału Ligi Konferencji.

W fazie grupowej Ligi Mistrzów nie zagrał nigdy.

W środę o dziewiętnastej przy Bułgarskiej nie rozstrzygnie się to jeszcze. Rozstrzygnie się coś prostszego: czy w Poznaniu zostanie jeszcze pięć tygodni na marzenie, czy trzeba je będzie odłożyć na kolejny rok. Zaliczka jest, forma jest, kalendarz jest napięty. Reszta zależy od tego, czy zespół, który w Danii wyglądał na gotowy, wygląda tak samo, gdy wszyscy wokół już mu wierzą.