Biznes i Finanse

Pięć lat różnicy. Spór o wiek emerytalny kobiet wraca do Sejmu

Ten sam dorobek. Te same pieniądze odłożone przez całe życie zawodowe. I dwie zupełnie różne emerytury.

Kobieta, która z półmilionowym kapitałem na koncie w ZUS odbiera świadczenie w dniu sześćdziesiątych urodzin, dostanie 1 859 zł miesięcznie. Mężczyzna, który przychodzi po dokładnie tę samą kwotę pięć lat później, dostanie 2 245 zł. Nie dlatego, że pracował ciężej. Dlatego, że system dzieli jego oszczędności przez mniejszą liczbę miesięcy.

Różnica, której w Europie prawie już nie ma

W Polsce kobieta może przejść na emeryturę po sześćdziesiątce, mężczyzna pięć lat później. Ta luka jest dziś najszersza w całej Unii Europejskiej. Z zestawienia OECD za 2025 rok wynika, że różny próg dla obu płci utrzymują jeszcze Austria, Węgry i Włochy, ale wszędzie tam dystans jest mniejszy i systematycznie się domyka. Większość państw UE ma jeden wiek dla wszystkich.

Eksperci często uważają, że wiek emerytalny powinien być równy dla obu płci. Sprzeciwiają się przy tym pomysłom uzależniania go od liczby urodzonych dzieci: pogłębiłoby to nierówności wobec kobiet, które i tak najczęściej przerywają karierę z powodów rodzinnych.

Ciekawe jest jednak to, że pierwszy sygnał do zmiany przyszedł w Polsce nie od ekonomistów, tylko od sędziów.

Trybunał powiedział „zgodne z konstytucją”. I zaraz potem: zmieńcie to

W lipcu 2010 roku Trybunał Konstytucyjny rozpatrywał wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich. Orzekł, że zróżnicowany wiek emerytalny jest zgodny z ustawą zasadniczą, a niższy próg dla kobiet stanowi uprzywilejowanie wyrównawcze, czyli rekompensatę za gorszą pozycję na rynku pracy i za pracę wykonywaną w domu. Trzy sędzie złożyły zdania odrębne.

Tego samego dnia Trybunał zrobił jednak coś jeszcze. Skierował do Sejmu sygnalizację, w której wskazał na celowość podjęcia prac nad stopniowym zrównywaniem obu progów. Minęło szesnaście lat.

Reforma uchwalona w 2012 roku miała doprowadzić oba progi do 67 lat. Została cofnięta ustawą podpisaną przez prezydenta w grudniu 2016 roku i od października 2017 wróciliśmy do stanu sprzed reformy. Wrócił z nim spór, tyle że dziś toczy się na zupełnie innych danych.

Arytmetyka, która nie zna litości

Emerytura w obecnym systemie to prosty ułamek: cały uzbierany kapitał podzielony przez liczbę miesięcy, które statystycznie zostały człowiekowi do przeżycia. Im wcześniej się po nią sięga, tym więcej rat trzeba z tej samej sumy wykroić.

Z tablic ogłoszonych przez prezesa GUS w marcu tego roku wynika, że sześćdziesięciolatkowi zostaje przeciętnie 268,9 miesiąca życia, a sześćdziesięciopięciolatkowi 222,7. To niecałe cztery lata różnicy, ale w przeliczeniu na przelew oznacza mniej więcej jedną piątą.

Jest w tej formule szczegół, o którym mało kto wie. Ustawa nakazuje liczyć średnie dalsze trwanie życia wspólnie dla kobiet i mężczyzn, z jednej tablicy. Skoro kobiety żyją dłużej, a wspólna tablica wszystko uśrednia, to mężczyźni dostają w tym rachunku mniej rat, niż wynikałoby z ich własnej statystyki, a kobiety więcej. Przepis, który wygląda na całkowicie neutralny, po cichu przesuwa pieniądze między płciami.

Dwie krzywdy zapisane w jednej ustawie

Najnowsze tablice trwania życia GUS, opublikowane pod koniec lipca, opisują rok 2025. Wynika z nich, że ustawowego wieku emerytalnego nie dożywa 20,65 procent mężczyzn. Co piąty płaci składki przez całe dorosłe życie i nie odbiera z nich ani złotówki.

Ci, którzy dożyją, pobierają świadczenie średnio przez szesnaście i pół roku. Kobiety przez blisko dwadzieścia pięć. Osiem lat różnicy to tyle, ile dziecko spędza dziś w szkole podstawowej.

Ale ta sama statystyka czytana z drugiej strony pokazuje zupełnie inny dramat. Wśród emerytur wypłacanych przez ZUS w marcu tego roku niemal dwie trzecie kobiet nie przekraczało czterech tysięcy złotych brutto. Wśród mężczyzn ponad połowa dostawała powyżej pięciu tysięcy. Kobiety żyją dłużej, tylko za znacznie mniej.

Skąd ta luka? Krótszy okres składkowy, niższe zarobki, przerwy na dzieci, a potem opieka nad wnukami i starzejącymi się rodzicami. Ta praca nie ma stawki godzinowej i nie zapisuje się na żadnym koncie w ZUS.

Polki już przesunęły tę granicę. Same

W całym tym sporze ginie fakt, który powinien być jego punktem wyjścia. Przeciętna Polka wcale nie odchodzi z pracy w dniu sześćdziesiątych urodzin. Faktyczny średni wiek przejścia na emeryturę wynosi u kobiet około 61,5 roku.

Innymi słowy: część zmiany, o którą kłócą się politycy, już się wydarzyła. Tyle że oddolnie, decyzja po decyzji, przy kuchennych stołach.

Dlaczego? Rok dłuższej pracy potrafi podnieść świadczenie o kilkanaście procent. Kalkulatory, które to wyliczają, istnieją od dawna. Większość osób otwiera je dopiero wtedy, gdy nie da się już nic zmienić.

Polacy chcą równości. Tylko w drugą stronę

Najciekawszą rzecz w tej debacie pokazał wiosenny sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej”. Kiedy zapytano Polaków nie o jedno rozwiązanie, ale o kilka, okazało się, że ponad połowa popiera jakąś formę zrównania wieku emerytalnego. Brzmi jak zielone światło dla reformy, dopóki nie sprawdzi się, o jakie zrównanie chodzi.

Najwięcej badanych, blisko 22 procent, chciałoby obniżyć próg mężczyznom do sześćdziesiątki. Kolejne 18 procent widzi wspólną granicę na poziomie 63 lat. Podniesienie obu progów do 65 lat popiera 9 procent.

Linia podziału biegnie przede wszystkim między płciami. Zrównania w dół, do sześćdziesiątki dla wszystkich, chce 30 procent kobiet i tylko 14 procent mężczyzn.

Eksperci niemal jednym głosem mówią: równać w górę. Wyborcy odpowiadają: w dół. To nie jest spór o techniczny szczegół. To dwa różne wyobrażenia o tym, czym w ogóle jest emerytura.

Petycja, która utknęła na korytarzu

Na początku sierpnia sejmowa Komisja do Spraw Petycji zajęła się obywatelskim wnioskiem o ustalenie jednego wieku emerytalnego dla wszystkich, na poziomie 62 lat. Autorzy przewidzieli wyjątki dla pracujących w warunkach szkodliwych i chcieli, by do stażu wliczały się okresy opieki nad dziećmi i osobami zależnymi. Komisja przekazała petycję dalej, do Komisji Polityki Społecznej i Rodziny.

Brzmi jak początek procesu legislacyjnego, ale nim nie jest. Przedstawiciele Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej powiedzieli wprost, że resort nie widzi obecnie potrzeby zmiany przepisów, bo polskie rozwiązania są zgodne z prawem unijnym.

W samej koalicji zdania są podzielone i to ostro. Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz otworzyła temat propozycją powiązania wieku emerytalnego kobiet z posiadaniem dzieci. Szefowa resortu rodziny Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nazwała ten pomysł skandalicznym i okrutnym, zapowiadając, że dopóki Lewica współtworzy rząd, próg nie wzrośnie.

Zegar, który tyka niezależnie od Sejmu

Jest w tym sporze argument, którego nie da się przegłosować. W 2024 roku emeryci stanowili blisko jedną piątą mieszkańców Polski. Prognozy ZUS mówią, że w połowie stulecia będzie ich ponad dziesięć milionów. Międzynarodowy Fundusz Walutowy rekomendował stopniowe zrównanie progów i powiązanie ich z długością życia, odnotowując przy okazji, że w Polsce nie jest procedowana żadna ustawa w tej sprawie.

Można się spierać, czy pięć lat różnicy to przywilej, czy pułapka. Prawda jest taka, że jest jednym i drugim naraz. Ta sama ustawa daje kobiecie wolność o pięć lat wcześniej i zabiera jej pieniądze przez następne ćwierć wieku. Mężczyźnie każe pracować dłużej, a co piątemu nie daje z tego nic.

Trybunał Konstytucyjny poprosił Sejm o tę rozmowę w 2010 roku. Szesnaście lat później Sejm przekazał petycję z jednej komisji do drugiej. Ludzie, których ta decyzja dotknie najmocniej, mają dziś po trzydzieści kilka lat i większość z nich nie zaglądała jeszcze do swojego konta w ZUS. Kiedy zajrzą, wszystko będzie już policzone.