Koczowisko przy Lechickiej. „Państwo musi wkroczyć do gry”

koczowisko przy Lechickiej, interwencja fot. Mondo Cane

Mieszkańcy i radni osiedli położonych wokół koczowiska przy Lechickiej ponownie zaapelowali do władz miasta, by zrobiły z nim porządek. Miasto jednak uważa, że problem może rozwiązać jedynie… rząd.

Przypomnijmy: sprawa nielegalnego koczowiska na terenach dawnych ogródków działkowych ciągnie się od 2013 roku – odkąd teren przejął spadkobierca dawnych właścicieli. Działkowcy musieli się wyprowadzić, a opuszczone domki zajęli bezdomni, najpierw Romowie, ale obecnie mieszka tam około 150 osób różnej narodowości.

Dla okolicznych mieszkańców problemem jednak nie jest to, że tam mieszkają, ale to, że palą śmieciami – śmieci zresztą znoszą też do koczowiska, więc bałagan i smród jest tam nieopisany. A w tym wszystkim trzymają jeszcze zwierzęta domowe, w tym świnie, co naocznie stwierdziła fundacja Mondo Cane, która była tam na kontroli w styczniu tego roku.

Mieszkańcy skarżą się też, że ciągle mają zniszczone śmietniki i porozrzucane śmieci na osiedlach przez mieszkańców koczowiska, a przy okolicznych sklepach regularnie można spotkać żebrzące kobiety.

„Już od dawna jesteśmy zatruwani przez płonące ogniska i prowizoryczne piece, którymi mieszkające tam osoby się dogrzewają (znalezionymi na śmietnikach meblami, oponami i plastikiem)” – pisali osiedlowi radni w liście do prezydenta w maju 2021 roku. – „Powoduje to, ze nasze pobliskie osiedla praktycznie przez całą dobę pokrywane są dymem z palonych tam śmieci. Na wspomnianym terenie znajdują się setki składowanych różnorodnych odpadów, co może prowadzić do wybuchu kolejnych, lokalnych epidemii. Mieszkańcy pobliskich domków jednorodzinnych informują wprost, że jest tam wylęgarnia szczurów”.

Dlaczego miasto nic z tym problemem nie robi? Jak tłumaczył Mariusz Wiśniewski, zastępca prezydenta Poznania, lokalne władze niewiele więcej mogą zrobić. Działka, na której znajduje się koczowisko, jest własnością prywatną. Właściciele nie reagują na sytuację. Miasto zapewniło koczującym dostęp do wody, przenośne toalety i kontenery na śmieci, a służby monitorują to, czym mieszkańcy palą w piecach i jak dotąd przekroczeń norm jakości powietrza nie stwierdzono.

Zdaniem zastępcy prezydenta sprawą powinny się zająć służby rządowe – bo władze miasta nie mają prawa wejścia na cudzy teren, nawet w takiej sytuacji. Natomiast organy państwa mogą rozliczyć właściciela terenu z przestrzegania prawa i wykonywania swoich obowiązków.

Innego zdania był osiedlowy radny Przemysław Czechanowski, także obecny na spotkaniu. Zwrócił uwagę, że miasto nie wykorzystało jeszcze wielu możliwości: na przykład od sześciu lat jakoś nie może wyegzekwować od właściciela terenu posprzątania go, i to mimo wyroków sądowych.

W takiej sytuacji nic dziwnego, że właściciele gruntu ignorują działania organów miejskich, a nawet wyroki sądowe. Bo wiedzą, że mogą. Dlaczego jednak miasto nie egzekwuje wyroków sądowych? W kilku przypadkach udało się tak zrobić, a często zdarza się, że to miasto sprząta teren i później wysyła właścicielowi rachunek, pilnując, by go zapłacił.

Dlaczego tym razem nie udało się tego zrobić?

Podziel się:

Źródło: Radio Poznań