Poznań: Czy ktoś zrobi porządek z koczowiskiem przy ulicy Lechickiej?

koczowisko bezdomnych, Lechicka fot. p. Kazimiera
Rada Osiedla Nowe Winogrady Północ napisała list do prezydenta Jaśkowiaka z prośbą o uporządkowanie terenu nielegalnego koczowiska przy ul. Lechickiej. Okoliczni mieszkańcy skarżą się na sąsiedztwo z powodu śmieci, szczurów i spalania odpadów.

Radni napisali do prezydenta po licznych skargach mieszkańców – i nie był to pierwszy taki apel z ich strony. Jednak, jak napisali, miasto ignoruje zarówno radę osiedla, jak i samych mieszkańców, którzy niejednokrotnie zwracali się o interwencję do policji i straży miejskiej – zazwyczaj bez efektów.

„Już od dawna jesteśmy zatruwani przez płonące ogniska i prowizoryczne piece, którymi mieszkające tam osoby się dogrzewają (znalezionymi na śmietnikach meblami, oponami i plastikiem)” – czytamy w liście osiedlowych radnych. – „Powoduje to, ze nasze pobliskie osiedla praktycznie przez całą dobę pokrywane są dymem z palonych tam śmieci. Na wspomnianym terenie znajdują się setki składowanych różnorodnych odpadów, co może prowadzić do wybuchu kolejnych, lokalnych epidemii. Mieszkańcy pobliskich domków jednorodzinnych informują wprost, że jest tam wylęgarnia szczurów”.

Mieszkańcy koczowiska – zdaniem radnych mieszkający tam Romowie – przeszukują też okoliczne śmietniki w poszukiwaniu wszystkiego, co może im się przydać, a co skutkuje stałym bałaganem wokół miejsc składowania śmieci. Dużym problemem jest też żebractwo Romów przed osiedlowymi sklepami i to, że nie przestrzegają zasad i chodzą bez maseczek. Ostatnio dodatkowym problemem stały się całonocne, głośne imprezy z muzyką urządzane na koczowisku, co bardzo przeszkadza zwłaszcza starszym mieszkańcom osiedli, którzy utrudniają im wypoczynek.

Osiedlowi radni zakończyli swój apel prośbą do prezydenta o szybkie, stanowcze i konkretne działanie, które rozwiąże ten problem.

Sprawa koczowiska romskiego na terenie opuszczonych działek przy ulicy Lechickiej nie jest nowa – ciągnie się od 2013 roku. To wtedy tereny części ogródków działkowych zostały przejęte przez spadkobierców przedwojennych właścicieli.
– Ogólnie jest to kilka działek należących do prywatnych właścicieli – wyjaśnia Przemysław Piwecki, rzecznik prasowy straży miejskiej. – Teren jest notorycznie zanieczyszczany przez okolicznych mieszkańców. Trwa postępowanie przed sądem z zakresu ochrony środowiska.

Jednak zdaniem strażników teren należałoby podzielić na dwie części: tam, gdzie mieszkają Romowie, jest porządek. Miasto zapewniło im kontenery na śmieci i przenośne toalety, Romowie dostają też opał – ekogroszek (gatunek węgla). Strażnicy kontrolują często ten teren i nie stwierdzili tam większych uchybień, a zgłaszane interwencje o spalaniu śmieci nie znalazły potwierdzenia.
– Prawdopodobną przyczyną zgłoszeń był dym, który uwalnia się podczas spalania węgla kamiennego, w tym produktów pochodnych, jakim jest ekogroszek, a także drewno opałowe – tłumaczy Przemysław Piwecki. – Zgłaszający nie rozróżniają dymu legalnego (spalanie węgla czy drewna opałowego) od dymu zabronionego, jaki powstaje przy spalaniu odpadów, plastikowe opakowania, śmieci, folie, w tym wypalanie otulin kabli elektrycznych.

Natomiast w drugiej części sytuacja wygląda inaczej – tam, w ruinach altan koczują głównie bezdomni Polacy. I to ta część koczowiska sprawia więcej kłopotów.
– Strażnicy wielokrotnie interweniowali tam, głównie za sprawą uciążliwości powodowanych wypalaniem plastikowych otulin kabli elektrycznych – przyznaje Piwecki. – Wysypiska odpadów to codzienność w tej okolicy.

W tym roku strażnicy interweniowali zaledwie dwa razy w przypadku rozpalonych ognisk, przy czym jedno z nich było tak duże, że konieczne okazało się wezwanie straży pożarnej.

Wszystkie te działania jednak nie rozwiązują problemu, jakim jest dla mieszkańców tak uciążliwe sąsiedztwo. Władze miasta niewiele tu mogą zrobić, bo to prywatne działki i interweniować powinien ich właściciel. Zgodnie z prawem on ma obowiązek utrzymywać porządek na swoim terenie, jednak koczowisko przy Lechickiej nie jest jedynym przykładem tego, że właściciele nieruchomości nie przestrzegają tego obowiązku.

To jednak, że władze miasta mogą niewiele – nie znaczy, że nie mogą nic. Konsekwentne egzekwowanie choćby mandatów za brak porządku na posesji, zakłócanie porządku i śmiecenie w końcu skłoniłoby właścicieli do uporządkowania swoich nieruchomości. Ale tylko wtedy, gdy wiedzieliby z całkowitą pewnością, że władze miasta, policja i straż pożarna nie odpuszczą.

Ale na razie i nielegalni lokatorzy, i właściciele tych terenów robią,  co chcą. Bo doskonale wiedzą, że mogą.

Podziel się: