Poznań: Pikieta miejskich urzędników. Chcą podwyżek

Plac Kolegiacki - Poznań fot. Sławek Wąchała

„Siedem stów” – takie hasło skandowało dziś kilkuset pracowników Urzędu Miasta Poznania. Urzędnicy zorganizowali pikietę, żądając 700 zł podwyżki. Do protestujących wyszedł prezydent Jacek Jaśkowiak, jednak porozumienia nie udało się osiągnąć.

Negocjacje między urzędnikami a prezydentem o wysokość pensji trwają od kilku lat, ale przybrały na sile, gdy dzięki interpelacji radnego Andrzeja Rataja wyszło na jaw, że urzędnicy na podobnych stanowiskach i z podobnym zakresem obowiązków, ale w różnych wydziałach zarabiają też różne pieniądze. Okazało się też, że problem wyjątkowo niskich pensji nie dotyczy niewielkiej grupy, czyli pracownic żłobków, sektora kultury czy pomocy społecznej, jak dotąd uważano, ale większości urzędników miejskich.

3500 zł po 30 latach pracy

Według Gazety Wyborczej dwie największe grupy urzędników, stanowiące w sumie jedną trzecią pracowników, zarabiają odpowiednio do 2555 zł netto i do 2908 zł netto. Protestujący urzędnicy potwierdzali to podczas dzisiejszej pikiety pytającym dziennikarzom. Wielu z nich po 30 latach pracy na stanowiskach wymagających wyższego wykształcenia i fachowej wiedzy zarabia 3500 zł…

Oczywiście, każdy niezadowolony z zarobków może sobie poszukać innej, lepiej płatnej pracy i wielu urzędników tak robi, o czym świadczą choćby coraz dłuższe listy pracowników poszukiwanych do urzędu miasta. Jednak zdaniem protestujących chociaż to jest rozwiązanie dobre dla tych konkretnych osób – to na pewno nie jest to rozwiązanie dobre dla miasta. Żeby urząd, a więc i całe miasto prawidłowo funkcjonowały, muszą mieć kadrę wykwalifikowanych urzędników – a tych powoli zaczyna brakować.

Cierpią na tym ci, którzy zostali, ponieważ dochodzi im obowiązków w związku z brakami kadrowymi – ale nie dochodzi pieniędzy. Dlatego dziś postanowili zaprotestować, wywiesili też na drzwiach urzędu listę swoich postulatów – bo nie tylko o pensję tu chodzi. Chodzi też o dobro miasta i jego mieszkańców. Ktoś musi sprzątać ulice, dbać o parki, organizować imprezy kulturalne, wydawać pozwolenia na budowę i robić miliony innych rzeczy, bez których samorząd nie może funkcjonować. Pracownicy chcą 700 zł podwyżki, zakończenia negocjacji płacowych, które trwają od ubiegłego roku i wypłaty 2400 zł dla każdego urzędnika.

Prezydent: „sytuacja budżetowa jest trudna”

Prezydent Jacek Jaśkowiak, który wyszedł do protestujących, przyznał, że ich postulaty są słuszne, a ich praca zasługuje na wyższe wynagrodzenia. Ale przypomniał, że sytuacja budżetowa jest bardzo trudna, bo ceny energii i gazu dały miastu mocno po kieszeni. Tymczasem 700 zł dla każdego urzędnika to 140 mln zł rocznie. Miasto nie ma takich pieniędzy – ale prezydent obiecał, że będzie się starał znaleźć je w przyszłym roku, za cenę rezygnacji z niektórych zadań. Spróbuje też wspólnie z radnymi znaleźć takie rozwiązania, żeby choć częściowo spełnić postulaty swoich pracowników.

Przypomnijmy, że argument o braku pieniędzy na podwyżki jest średnio przekonujący, odkąd prezydent Jaśkowiak w ubiegłym roku podniósł wynagrodzenia swoim zastępcom, skarbnikowi oraz sekretarzowi miasta, ponieważ każdy z nich przejął na siebie część obowiązków czwartego zastępcy prezydenta, którego obecnie nie ma. Te podwyżki kosztowały budżet miasta 367 869 zł. To oczywiście znacznie mniej niż 140 mln potrzebnych na podwyżki dla urzędników. Ale też dostało je znacznie mniej osób…