Poznań

Lech – Bayer Leverkusen. Ile razy Bułgarska zrobi dziś „Poznań”?

Prawie czterdzieści tysięcy osób odwraca się plecami do boiska, łapie sąsiadów za ramiona i skacze w jednym rytmie. Jest to rytuał przy Bułgarskiej. Na Wyspach zjawisko to doczekało się własnego hasła w słowniku Cambridge. Nathan Tella, pomocnik Bayeru Leverkusen, wspomniał o nim w środę. Przyznał, że chętnie zobaczy „Poznań” na żywo, ale od razu dodał, że wolałby oglądać go dziś jak najrzadziej.

Lech Poznań podejmie Bayer o 18:45 w 2. kolejce fazy ligowej Ligi Europy. Te kluby spotykają się po raz pierwszy w historii. Dla dwukrotnego z rzędu mistrza Polski to jeden z najpoważniejszych sprawdzianów tej jesieni. Od kilku dni stadion nosi barwy Ligi Europy. Turniej ten wraca w fazie głównej na Bułgarską po prawie sześciu latach. Polsat Sport 1 oraz otwarty kanał TV6 pokażą transmisję.

Bayer, czyli klub z najwyższej półki

Dwa lata temu Bayer zdobył w jednym sezonie mistrzostwo i Puchar Niemiec, a ponadto zagrał w finale Ligi Europy. Puchar UEFA z 1988 roku stoi w klubowej gablocie, a w historii zapisał się również finał Ligi Mistrzów z 2002 roku. Jest to rywal, który zazwyczaj spędza wiosny w fazie pucharowej europejskich rozgrywek.

Poprzedni sezon w Leverkusen wypadł jednak poniżej oczekiwań. Drużyna zajęła w Bundeslidze dopiero szóste miejsce i latem przeszła gruntowną przebudowę. Na ławce usiadł Hiszpan Carles Martinez. Start w Bundeslidze okazał się falstartem, ponieważ w pierwszej kolejce Bayer niespodziewanie przegrał z Elversbergiem.

Od tamtego momentu zespół nie przegrał już ani razu, a ostatnie trzy spotkania wygrał. Na otwarcie Ligi Europy pokonał u siebie słoweńskie Celje 2:0. W sobotę wygrał natomiast 4:3 z Mainz w Moguncji.

W niedzielę Niemcy zmierzą się z liderem Bundesligi, Freiburgiem, dlatego w Poznaniu można spodziewać się rotacji. Martinez nie ukrywał, że będzie musiał zarządzać siłami. Zapowiedział jednak, że wystawi „najlepszy skład, jaki będę mógł wystawić w danej chwili”. Z szacunkiem mówił o trybunach przy Bułgarskiej, gdyż kibice są według niego jedną z najmocniejszych stron Lecha.

Goście przylecieli do Poznania w środę wieczorem i zrezygnowali z treningu na stadionie. Kontuzjowani Christian Kofane, Eliesse Ben Seghir, Montrell Culbreath i Guéla Doué nie zagrają. Victor Boniface i Jonas Hofmann nie zostali zgłoszeni do fazy ligowej. Czy to długa lista? Dla klubu, który latem wydał na transfery ponad 150 milionów euro, to raczej kłopot z wyborem niż z brakami.

Lato, które nauczyło pokory

Lech wie, jak szybko zmienia się pogoda w Europie. W lipcu rozbił w Danii AGF Aarhus 4:1 w eliminacjach Ligi Mistrzów, więc wydawało się, że awans jest formalnością. Tydzień później przy Bułgarskiej Duńczycy odrobili całą stratę w regulaminowym czasie gry. Po remisowej dogrywce okazali się lepsi w rzutach karnych.

Mistrz Polski zszedł piętro niżej i bez większych dramatów przeszedł przez eliminacje Ligi Europy. Najpierw odnotował dwa zwycięstwa z KI Klaksvik, a potem w Poznaniu rozbił FC Thun 7:0. Pierwszy mecz fazy ligowej okazał się jednak znów zimnym prysznicem. Crystal Palace wygrał w Londynie 4:0, a Radosław Murawski, który zobaczył czerwoną kartkę, dziś musi pauzować.

Przed dzisiejszym meczem Lechici na różne sposoby powtarzali lekcję z Londynu. „Słabi rywale tego nie wykorzystają, przeciwnicy z Ligi Europy już tak” – mówił bramkarz Mateusz Lis o prostych błędach. Nawet Martinez przyznał, że wynik z Londynu był dla poznaniaków zbyt surowy.

Lato nauczyło Lecha jednej rzeczy: w Europie nic nie jest przesądzone. Nie jest przesądzony ani awans po 4:1, ani porażka przed pierwszym gwizdkiem.

Gole są, napastników brak

Kolejorz w Ekstraklasie wygląda jak mistrz. Ma mecz zaległy i traci trzy punkty do prowadzącego Górnika Zabrze. W sobotę rozbił Śląsk we Wrocławiu 4:1, strzelając na tym terenie tyle goli po raz pierwszy w historii.

Bramki rozkładają się jednak na całą drużynę, ponieważ środkowi napastnicy milczą. Patrik Wålemark zaliczył właśnie drugi dublet z rzędu, lecz Mikael Ishak ostatnią bramkę zdobył 9 sierpnia w meczu z Piastem Gliwice. Od tamtej pory nominalna „dziewiątka” nie trafiła do siatki.

Trener Niels Frederiksen nie obawia się o koncentrację swojego zespołu. Przyznał, że piłkarze rozluźnili się i stracili gola po prowadzeniu 4:0 we Wrocławiu, ale jest przekonany, że przy wyrównanym wyniku taka sytuacja się nie powtórzy. Przeciwko Bayerowi nikt nie podaruje Lechowi czterobramkowego zapasu. W tym meczu o wszystkim może zdecydować jedna wykorzystana sytuacja.

Skład z tego, co zostało

Frederiksen ma również własną listę nieobecnych, która wcale nie jest krótsza od listy rywala. Z gry wykluczają kontuzje Alego Gholizadeha, Alexa Douglasa, João Moutinho, Allahyara Sayyadmanesha i Roberta Gumnego, natomiast Murawski pauzuje za kartkę z Londynu.

„W ostatnich tygodniach za dużo mamy kontuzji” – przyznał duński szkoleniowiec i wskazał na natłok meczów oraz duże obciążenia. Rywal może sobie dziś pozwolić na rotację, natomiast Lech zagra tym, co zostało w zdrowiu.

Niemiecka ściana i śnieżna pamięć

Historia nie dodaje otuchy. Lech mierzył się z niemieckimi klubami pięć razy w Pucharze UEFA i Lidze Konferencji, nie wygrywając ani razu. W 1978 roku MSV Duisburg wbił mu dziesięć goli w dwumeczu.

Siedem lat później Kolejorz zremisował na wyjeździe z Borussią Mönchengladbach, ale przegrał u siebie. Ostatnie starcie, które odbyło się z Mainz w Lidze Konferencji w grudniu ubiegłego roku, również zakończyło się remisem. Bayer z kolei nie zna smaku porażki z polskim klubem – w latach 90. dwukrotnie trafiał w Pucharze UEFA na GKS Katowice i wygrał wszystkie mecze.

Do tego dochodzi seria w samej Lidze Europy. Ostatnie punkty Lech zdobył w niej w listopadzie 2020 roku, gdy pokonał Standard Liège 3:1. Od tamtego czasu przegrał cztery mecze z rzędu.

Poznań ma jednak też inną pamięć. W październiku 2010 roku kibice Lecha w sektorze gości w Manchesterze odwrócili się plecami do boiska i zaczęli skakać. Fani City byli pod tak dużym wrażeniem, że przejęli ten zwyczaj, nazywając go „The Poznań”. Dwa tygodnie później Lech pokonał Manchester City przy Bułgarskiej 3:1.

A 1 grudnia tego samego roku, w siarczystym mrozie i śnieżycy, zremisował u siebie 1:1 z Juventusem. Warunki były tak trudne, że w przerwie zmienili białą piłkę na pomarańczową, a linie boczne malowali na różowo. Remis wystarczył, aby z Ligi Europy odpadli Włosi, a nie Polacy.

Historia mówi, że Lech nie wygrywa z Niemcami. Ta sama historia pamięta jednak, że Bułgarska potrafi wyrzucić z pucharów Juventus.

Punkty, pieniądze i kalendarz bez litości

Każdy punkt ma dziś podwójną wagę – sportową oraz finansową. Za zwycięstwo w fazie ligowej UEFA płaci 450 tysięcy euro, natomiast za remis kwota ta jest trzy razy mniejsza. W tabeli Lech wciąż ma zero, a kalendarz nie daje wytchnienia: w niedzielę czeka go Korona Kielce, za tydzień Sunderland przy Bułgarskiej, a na początku listopada wyjazd do Lizbony na mecz z Benfiką.

„Podejdziemy do tego meczu z zamiarem wygrania” – zapowiedział Frederiksen. Jego zespół chce zagrać zgodnie z własną filozofią, choć trener przyznał, że czasem trzeba będzie bronić niżej. Na trybunach ma zasiąść około 39 tysięcy widzów.

W Poznaniu odbędzie się pierwszy w historii mecz z Bayerem przy pełnych trybunach, a faza główna Ligi Europy powróci tu po latach. Nathan Tella chciałby zobaczyć „Poznań” raz, najwyżej dwa. Bułgarska ma jednak dokładnie odwrotny plan.