Warta fot. UMP

Poznań: Zatrucie Warty – czy kiedykolwiek winni zostaną ukarani?

Do gigantycznego zatrucia Warty doszło w 2015 roku. Wyłowiono z niej wtedy ponad 3 tony śniętych ryb, a znacznie więcej zginęło. Ale do dziś winni tego przestępstwa nie zostali ukarani. Dlaczego?

Kulisy sprawy odsłania “Głos Wielkopolski” i każdy kolejny odcinek rozwoju dochodzenia jest bardziej zdumiewający od poprzedniego. Informowaliśmy już o tym, że dla pracowników firmy Bros, od początku podejrzewanej o wylanie do rzeki transfluryny, toksycznej substancji, która zabiła ryby, zatrzymanie przez policję nie było żadną tajemnicą – wiedzieli o tym kilka dni wcześniej. Ostrzegł ich szef. W tej sprawie – przecieku informacji – toczyło się odrębne dochodzenie.

Pracowników o zatrzymaniu powiadomił szef firmy, by przygotowali zeznania i zbyt dużo nie powiedzieli śledczym. Jednak mimo niechęci do zeznań śledczym udało się całkiem sporo ustalić. Na przykład to, że do magazynów firmy Bros przed weekendem przywożono pełne pojemniki z nieznanymi substancjami, a po weekendzie były już puste. Taka sytuacja miała miejsce w październiku 2015 roku. gdy jeden z pracowników przyszedł do pracy 26 października, część pojemników była już pusta. Gdzie się podziała zawartość?

Śledczy nie mieli wątpliwości, że trafiła tam, gdzie transfluryna: do studzienki kanalizacyjnej znajdującej się na terenie firmy. Pracownicy podczas śledztwa przyznali, że w firmie po cichu mówiło się o tym. Mówiono nawet, kto wlał transflurynę do studzienki – mieli to zrobić panowie M., ojciec i syn, zaufani ludzie prezesa.

Jednak firma Bros oczywiście wszystkiemu zaprzeczyła. Z zeznań wycofali się też pracownicy, twierdząc, że zmuszano ich do pogrążania firmy. Anonimowy informator “Głos Wielkopolskiego” twierdził również, że miała zostać zatrzymana i zeznawać Izabela H., która pełniła w firmie kierowniczą funkcję. Jednak bardzo się bała zatrzymania i powiedziała swoim szefom, że wtedy wszystko powie o wylewaniu toksycznych substancji do Warty. Gdy więc przyjechała po nią policja, – nie było jej w domu. Wywieziono ją w bezpieczne miejsce. Zgłosiła się sama na policję w kwietniu 2016 roku, gdy zorientowała się, że inni pracownicy Brosa przesłuchiwani w tej sprawie zostali zwolnieni. Ale odmówiła składania zeznań.

Potem było jeszcze dziwniej: prokuratura wycofała zarzuty wobec czterech pracowników firmy Bros, bo uznała, że za wszystko odpowiada Piotr M., szef firmy. Akt oskarżenia przeciwko Piotrowi M. wpłynął do sądu, ale proces się nie rozpoczął, bo sędzia Jan Kozaczuk uznał, że akt oskarżenia zawiera braki i zwrócił go śledczym.

Prokuratura powinna złożyć zażalenie na tę decyzję do sądu wyższej instancji – ale się z tym spóźniła. I zgodnie z prawem musiała ponownie rozpocząć śledztwo od początku. Kiedy więc rozpocznie się proces? Przy tak nieoczekiwanych zwrotach akcji nikt chyba nie jest w stanie tego powiedzieć. I to jest chyba najbardziej przerażające w tej sprawie: doszło do największej w historii katastrofy ekologicznej w Poznaniu, zginęło wiele ryb, mogli przecież zginąć także ludzie, minęło prawie 5 lat od zdarzenia – i nadal nie wiadomo nawet kiedy rozpocznie się proces. Nie mówiąc już o skazaniu winnych.

Głos Wielkopolski, el

2
Dodaj komentarz

avatar
miki
miki

Może trzeba sprawdzić czemu prokuratura się spóźniła?

Gacek
Gacek

To jest dowód na to że reforma wymiaru sprawiedliwości jest niezbędna