Szpital Zakaźny Szwajcarska ambulans fot. Sławek Wąchała

Poznań: Zakażonych koronawirusem przybywa – a z testami problem

Okazuje się jednak, że problem polega już nie tylko na niewystarczającej liczbie testów. Znacznie większym kłopotem jest bałagan organizacyjny, z powodu którego nie wiadomo właściwie, do kogo z czym się zgłaszać.

Sprawą zajął się “Głos Wielkopolski” po kilkunastu sygnałach od zdenerwowanych czytelników, którzy postępują zgodnie z zaleceniami ministerstwa zdrowia – i niczego nie mogą załatwić.

Teoretycznie wszystko jest proste, tak przynajmniej przekonuje ministerstwo zdrowia – i na stronie pacjent.gov.pl pisze: “Masz gorączkę, kaszel, trudno Ci oddychać? Skontaktuj się ze stacją sanitarno-epidemiologiczną lub szpitalem z oddziałem zakaźnym”.
Jednak w praktyce już nie jest tak łatwo.

Przede wszystkim dodzwonienie się do właściwego sanepidu graniczy z cudem. Pacjenci spędzają długie godziny przy telefonach dzwoniąc od jednej jednostki do drugiej nie mogąc nawet uzyskać informacji, co powinni robić – a co dopiero doprosić się testu. Bo kto ma zrobić test? Wykonują go laboratoria, w tym sanepidu, jest też laboratorium w szpitalu im. Strusia. Ale jak dostarczyć próbkę, jeśli się jest podejrzanym o zakażenie? I znów teoria rozmija się z praktyką: powinna przyjechać karetka i pobrać wymaz. Ale kto jej ma to zlecić i kto ją ma wysłać…? Sanepid twierdzi, że nie oni, szpital twierdzi, że wręcz przeciwnie. A pacjent czeka. “Bałagan i spychologia” – podsumowuje “Głos Wielkopolski”. Bo sanepid twierdzi, że szpital, szpital, że sanepid, a zdarza się, że i szpital, i sanepid odsyłają pacjentów do lekarza rodzinnego. Chociaż, zgodnie z wytycznymi ministerstwa, nie powinni.

Efekty bałaganu i spychologii są bardzo niebezpieczne – na przykład takie, że ktoś jest chory albo jest nosicielem, ale bez problemu prześlizgnął się przez system i zakaża. Bo mimo że miał kontakt z osobą chorą lub przebywał w strefie zagrożenia – nie mógł się dodzwonić do sanepidu po wytyczne, więc w końcu zrezygnował, zwłaszcza że nie wystąpiły żadne objawy chory. Ale już wiemy, że to o niczym nie świadczy. Że mogą zakażać ludzie, którzy sami przechodzą chorobę bardzo łagodnie albo w ogóle bezobjawowo.

“Głos” przytacza trzy przykłady: pediatry, która wróciła z Indii, podejrzewała u siebie chorobę COVID-19 i od sanepidu dostawała rozbieżne informacje dotyczące wykonania badań na obecność koronawirusa, małżeństwa, które podczas pobytu w Meksyku miało kontakt z osobą zakażoną, zgłosiło to – i przez dwa tygodnie czekało na jakiekolwiek zainteresowanie służb oraz pana Juliusza, o którym pisaliśmy. On leciał samolotem z osobą chorą, co zaowocowało bezterminową kwarantanną dla niego i dla rodziny.

Zdaniem dr Jacka Górnego, szefa SOR szpitala zakaźnego im. Strusia, problem jest i z każdym dniem będzie się bardziej dawał we znaki. Najlepszym jego zdaniem wyjściem byłoby skorzystanie z modelu niemieckiego – tam wymazów do testów dokonują lekarze rodzinni, co pozwala odciążyć sanepid i szpital. sanepid będzie tylko wykonywał testy, jego pracownicy nie będą musieli już robić wymazów, co znacznie zwiększy efektywność laboratorium. Szpital zajmie się wyłącznie pacjentami w poważnym stanie, reszta nie będzie już musiała czekać w izbie przyjęć w kolejce. taki system zmniejsza też znacznie ryzyko, że niezidentyfikowany pacjent będzie chodził i zakażał kolejne osoby.

Oczywiście warunkiem sine qua non byłoby zwiększenie liczby testów – wówczas działania zaproponowane przez dr. Górnego miałyby sens. Ale dostępność testów jaka jest – każdy widzi. I z tego powodu cała ta spójna i skuteczna koncepcja bierze w łeb.

Głos Wielkopolski, el

0 0 vote
Oceń artykuł
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze