Port Sołacz fot. L. Łada

Poznań: Port Sołacz, czyli zabytkowy budynek w nowej szacie. Jak wygląda?

Ten budynek ma swoje lata i niezwykle bogatą historię, w końcu kilkakrotnie zmieniał lokalizację, nie mówiąc już o przeznaczeniu. Pijąc kawę w klimatycznym wnętrzu nowego-starego Portu Sołacz warto więcej wiedzieć o jego historii.

Budynek znajduje się w parku Sołackim, nad stawem, i zawsze był lokalem gastronomicznym – to wiedzą wszyscy. Jako lokal przeżywał lepsze i gorsze czasy: gdy sołacka śmietanka towarzyska przychodziła na niedzielne obiady i gdy wszyscy porządni obywatele omijali „mordownię” z daleka.

Jak targową winiarnię przeniesiono na Sołacz

Ale warto przypomnieć, że już jego historia zaczęła się całkiem niezwykle, bo wybudowano go wcale nie na Sołaczu, a na… MTP. A ściślej rzecz biorąc na terenach Wystawy Wschodnioniemieckiej, bo był to rok 1911. Budynek miał wówczas dwie wieże i kolisty front, a pełnił rolę winiarni dla odwiedzających wystawę gości.

Gdy wystawa się skończyła, budynek postanowiono… przenieść. Dużym nakładem sił i środków przeniesiono winiarnię do parku Sołackiego, gdzie również przez ponad sto lat była lokalem gastronomicznym. W pogodne i ciepłe dni kelnerzy wystawiali okna z werandy z widokiem na staw, więc sołackie i nie tylko towarzystwo – a Sołacz w tym czasie intensywnie się przecież rozbudowywał – patrząc na park i stawy mogło się czuć jak w kurorcie. Klimatu dopełniały łódki pływające po stawie, bo tę usługę uruchomiono już w 1913 roku.

Łódki, łyżwy i wieża spadochronowa

Po wojnie restauracja już nie miała wież, zmieniła też nazwę na „Wypoczynek”, co sugerowało funkcję, jaką miała pełnić. Ale nadal cieszyła się ogromną popularnością poznaniaków, zwłaszcza że przybyły jej kolejne atrakcje: była 30-metrowa wieża spadochronowa, z której rozciągał się – podobno! – niewiarygodnie piękny widok na Poznań, w sezonie działało lodowisko, i nadal po stawach pływały łódki. Nic dziwnego, że lokal nadal cieszył się popularnością.

W 1977 roku zlikwidowano łódki – tak ze względu na pogarszającą się jakość wody w stawach, jak i na stan samych, niekonserwowanych od wielu lat łódek. Zrujnowany budyneczek kasy dawnej przystani jeszcze do niedawna można było oglądać nad brzegiem stawu od strony ulicy Litewskiej. Później restauracja została gruntownie przebudowana, ozdobiona od frontu kolorowymi latarniami, zmieniła nazwę na „Piracką” – i jeśli wierzyć starym poznaniakom, nazwa ta doskonale oddawała charakter lokalu…

Era „Meridiana”

Nowe dla dawnej winiarni nadeszło w 1992 roku, kiedy budynek sprywatyzowano, przebudowano według projektu Piotra Wędrychowicza i otwarto już nie tylko restaurację, ale też i hotel „Meridian”. Kilka pierwszych lat było niewątpliwie czasem świetności lokalu. Doskonałe i elegancko serwowane jedzenie, interesujące imprezy i koncerty czyniły z lokalu jeden z najciekawszych w mieście – zwłaszcza że wówczas jeszcze taka formuła prowadzenia lokalu była nowością i długi czas Meridian nie miał konkurencji. To wtedy na restauracyjnym tarasie zaczęły się odbywać koncerty kameralne przyciągające wielu mieszkańców także spoza dzielnicy.

Z czasem jednak lokal zaczął podupadać i jego historia zakończyła się ostatecznie w 2015 roku, po długim i prowadzonym w dużej mierze za pomocą mediów sporze między władzami miasta, do których, jak się okazało, należał budynek – a właścicielami lokalu. Miasto odzyskało budynek i teraz trzeba go było jakoś zagospodarować. Zadanie nie było łatwe, bo co prawda ostatni remont był zrobiony solidnie – ale w latach 90. ubiegłego wieku. Potencjalny najemca, zanim zacząłby zarabiać na lokalu, co dziś w gastronomii nie jest łatwym zadaniem, najpierw musiałby wyłożyć sporo pieniędzy na jego remont, i to remont pod nadzorem konserwatora zabytków.

Remont w sołackim stylu

Karkołomnego zadania podjęła się miejska spółka Międzynarodowe Targi Poznańskie, a remont przedłużył się aż o rok, bo budynek był jednak w gorszym stanie niż się wydawało na początku. Wystarczy powiedzieć, że trzeba było wymienić dach, całą elewację, stolarkę okienną, nie mówiąc już o remoncie terenu okalającego restauracje i tarasu. W dodatku inwestor postawił sobie bardzo ambitne zadanie – wyremontować lokal, ale tak, by jak najlepiej oddawał klimat architektury Sołacza, no i spodobał się mieszkańcom. A zadowolić poznaniaka, i to jeszcze tego z Sołacza, jak powszechnie wiadomo – nie jest łatwo.

– Chcieliśmy przywrócić dawną świetność tego budynku i stworzyć miejsce zachęcające do miejskiego odpoczynku, ale z poszanowaniem tradycji dzielnicy i w zgodzie z jej mieszkańcami – wyjaśniał ideę Filip Bittner, wiceprezes zarządu Grupy MTP. – Dlatego przed rozpoczęciem inwestycji prowadziliśmy konsultacje społeczne z Radą osiedla Sołacz. Chcieliśmy, by przestrzeń wokół Portu Sołacz była uporządkowana, zielona i odpowiadała ich potrzebom.

Za projekt adaptacji odpowiadała pracownia EV Architects Eweliny Jankowskiej z Poznania i według jej koncepcji bryła miała zostać zachowana według kształtu z 1992 roku, który bardzo udanie wpisał się w klimat Sołacza i parku, ale charakter elewacji miał się zmienić na bardziej zbliżony do pierwotnego projektu z początku XX wieku. Miał być bardziej „kurortowy” w stylu z tamtych czasów, no i oczywiście bez tego okropnego plastikowego namiotu, który w ostatnich latach zasłaniał cały widok na stawy i park.

– Inspirował mnie styl sołacki – opowiadała architekt Ewelina Jankowska z pracowni EV Architects. – Projekt nawiązuje do pierwotnego charakteru budynku, który wraz z kolonią luksusowych willi autorstwa J. Stubbena, wpisują się po dziś dzień w naturalną dolinę Bogdanki. Zmiany zewnętrzne są zachowawcze. Jasna drewniana oranżeria ma stworzyć atmosferę przypominającą dawny klimat parkowy sprzyjający odpoczynkowi. W tym celu zaprojektowaliśmy też rozległe tarasy tonące w zieleni z widokiem na stawy Sołackie. Powiększyliśmy okna drewnianej części oranżeryjnej, które wychodzą na taras. Sięgają teraz samej podłogi i nawiązując do oryginalnego wyglądu, mają silnie podkreślone szprosy przywracające elewacji plastyczność.

Obecność dawnego Sołacza jest silnie odczuwalna we wnętrzach, mimo że na pozór są one bardzo nowoczesne. Ale właśnie ta klasyka w dyskretnej, stonowanej kolorystyce, posadzki z naturalnego kamienia lub paneli w kolorze drewna sprawiają, że wnętrze jest tak bardzo „sołackie”, jakby było tu od wieków. Urzeka harmonia wystroju, przemyślane szczegóły, takie jak zdjęcia Sołacza i grafiki Piotra Kuchcińskiego na ścianach, zaprojektowane specjalnie dla tego wnętrza.

Kuchnia, kultura i inne rozrywki

No i kuchnia. W restauracji jest 155 miejsc, na tarasie dodatkowo 120 i dla tych wszystkich gości ofertę kulinarną przygotowuje cały sztab ludzi pod dowództwem dwóch szefów: Bartosza Fabisia i Michała Kozłowskiego, laureatów Kulinarnego Pucharu Polski z 2019 roku. Jak zapewniają obaj mistrzowie, będą tu realizować swoje autorskie pomysły kulinarne, ale ponieważ podstawą dań będzie kuchnia śródziemnomorska, to miłośnicy klasyki także znajdą tu coś dla siebie. Będzie też specjalne menu dla poznaniaków – na przykład klasyczny schabowy z kością. Pyry z gzikiem na razie nie będzie, ale obaj mistrzowie już pracują nad jej autorską wersją do swojego menu…

Będą oczywiście desery i ich już można próbować na tarasie Port Sołacz – sam lokal oficjalnie zostanie otwarty 6 maja, ale taras zaczął działać z okazji majówki i menu jest już dostępne. A dzieło mistrzów, czyli sernik z dzikim bzem to deser, który na długo zostaje w pamięci…

Są tu także wina z całego świata, są też i inne napoje z kawami i herbatami na czele – ale także kanapki i sałatki na wynos, gdyby komuś było po drodze do pracy właśnie przez Port Sołacz. Część hotelowa to eleganckie pokoje z widokiem na park i staw, oczywiście z łazienkami, minibarem, wifi i telewizją. A w sezonie wrócą letnie koncerty sołackie, dancingi i inne imprezy kulturalne. Port Sołacz i park Sołacki znów będą tętnić życiem.