Poznań: Malta zakończyła się „Wielkopolskim weselem”

Wielkopolskie wesele fot. L. Łada

Muzycznie było jeśli nie zawsze doskonale, to na pewno zawsze intrygująco, ciekawie i oryginalnie. Natomiast warstwa fabularna pozostawiała wiele do życzenia. Tak wyglądało „Wielkopolskie wesele”, którym zakończył się tegoroczny Malta Festival Poznań.

To miała być wyjątkowa opowieść przygotowana na podstawie solidnego etnograficznego warsztatu: archiwalnych materiałów i nagrań muzyki wielkopolskiej. „Michał Fetler i Rafał Zapała wraz z zespołem Polmuz zaprosili do współpracy poznańskich muzyków sceny neofolkowej, Malwinę Paszek i Jacka Hałasa, by radykalnie „zreinterpretować” muzykę tradycyjną regionu” – zapowiadali twórcy festiwalu Malta. Każdy z artystów miał opracować swoją część weselnej ceremonii i wykonać ją z zaproszonymi gośćmi. Miało być żywiołowo, nowatorsko, odkrywczo i performatywnie.

I jeśli chodzi o warstwę muzyczną – dokładnie tak było. Może nie wszystkim przypadła do gustu wizja muzyki weselnej w wykonaniu na przykład Rafała Zapały, jednak nie sposób mu odmówić geniuszu w tej reinterpretacji, oryginalności i nowatorskiego podejścia. Muzycy zachwycali wirtuozerią, głosy zachwycały mistrzostwem, energią i brawurą wykonania weselnych pieśni.

Jednak jeśli chodzi o warstwę fabularną – całość pozostawiała wiele do życzenia. Sam pomysł stylizacji sceny na salę weselną, dobór strojów uczestników, by wyglądali rzeczywiście jak goście na wiejskim weselu – z pewnością był ciekawy, jednak już jego realizacja nie bardzo.

Podstawowa kwestia to rozmiar sceny. Na wszystkie elementy, które chcieli tam zmieścić twórcy, było zdecydowanie zbyt mało miejsca – w efekcie było tam ciasno i bałaganiarsko. Wiele elementów, jak choćby oczepiny, wizualnie wypadłoby o wiele lepiej, gdyby było na to więcej miejsca. idea rozstawionego stołu była jak najbardziej słuszna, tylko że zza niego nie było widać połowy muzyków, a sam przebieg uroczystości był zwyczajnie nieczytelny.

Brakowało też miejsca na elementy ruchowe, które też bardzo na tym traciły. Ciasnota sprawiała, że widzowie momentami mieli wrażenie chaotycznego miotania się wykonawców po scenie. Dodatkowo orientacje utrudniały obrazy wyświetlane w tle. Brakowało płynnego, logicznego przejścia z jednej części do drugiej, powstania spójnej całości prowadzącej od początku do finału.

Całość ratowało jedynie to, że większość widzów – a dziedziniec UMP był pełny – była w swoim życiu na przynajmniej jednym takim weselu i mniej więcej wiedziała, co się na takiej imprezie oraz w jakiej kolejności dzieje. To uchroniło ich przed dezorientacją, choć i tak ci mniej bywali mogli mieć poważny problem z połączeniem wątków i zrozumieniem, w której części wesela aktualnie są.

Muzyka ludowa z pewnością zyskała podczas tego koncertu nowy wymiar. Ale nad oprawą sceniczną i scenariuszem wydarzeń trzeba by jeszcze sporo popracować, by całość stała się spójna i logiczna, a dzięki temu – czytelna nawet dla widza spoza wielkopolskiego kręgu kulturowego.

Podziel się: