Poznań: Lekarz medycyny pracy dla ucznia? „To jakiś koszmar”

Wielu przyszłych uczniów techników i szkół branżowych nie ma jeszcze zaświadczeń od lekarza medycyny pracy. „Musiałem zwolnić się z pracy i o świcie iść w kolejkę, jak za komuny” – napisał nam jeden z ojców. – „To jakiś koszmar!”.

Jak informuje Ministerstwo Edukacji i Nauki, kierowanie kandydatów do szkoły na badania lekarskie stanowi część rekrutacji do szkół kształcących w zawodach. Poza dokumentami takimi jak świadectwa czy wyniki egzaminów młodzi ludzie ze swojej przyszłej szkoły prowadzącej kształcenie zawodowe otrzymują skierowanie na badanie do lekarza medycyny pracy. On z kolei wydaje zaświadczenie lekarskie o braku przeciwwskazań zdrowotnych do kształcenia w danym zawodzie. Rodzaj badań zależy od zawodu, w jakim kształcić chce się uczeń.

Uczeń na badanie musi się udać z opiekunem prawnym, bo nie jest jeszcze pełnoletni – i to właśnie opiekunowi, najczęściej któremuś z rodziców, jest wydawane zaświadczenie. Bez niego uczeń nie może rozpocząć nauki.

Ale zdobyć takie zaświadczenie wcale nie jest łatwo. Lekarzy medycyny pracy dla dzieci jest niewielu, więc siłą rzeczy co roku latem ustawiają się do nich długie kolejki. W tym roku jednak jest znacznie gorsza sytuacja niż zawsze, ponieważ szkoły podstawowe ukończył podwójny rocznik. Chętnych do otrzymania zaświadczenia jest więc dwa razy więcej, a placówki medycyny pracy nie radzą sobie z natłokiem chętnych, jak o tym poinformował nas jeden z ojców.

„Natychmiast po otrzymaniu informacji, że moje dziecko dostało się do technikum, zaczęliśmy szukać lekarza medycy pracy dla dzieci” – opisuje nam swoją historię. – „Okazuje się, że jest ich niewielu i trzeba ustawić się w długiej kolejce. Ale w wielu przypadkach nie polega to na tym, że rejestracja wpisuje cię na wolny termin, powiedzmy za dwa tygodnie. W takich ośrodkach usłyszałem, że nie ma już terminów. W innych powiedziano mi, że owszem, mogę przyjść, ale osobiście i z rana, bo kto pierwszy ten lepszy. Musiałem zwolnić się z pracy i o świcie iść w kolejkę, jak za komuny, żeby zdążyć przed początkiem roku szkolnego. To jakiś koszmar!”.

Ten problem dotyczy wielu rodziców. Wszyscy zwracają uwagę, że kłopot jest nie tyle z brakiem lekarzy, ile z organizacją pracy placówek medycyny pracy.
„Rodzice starszych dzieci twierdzą, że taka sytuacja jest co roku, w tym jest o tyle gorzej, że z podstawówek wyszedł podwójny rocznik” – pisze zdesperowany ojciec. – „Ale przecież to było wiadomo od dawna. Naprawdę nie można było się do tego przygotować? Na przykład wydłużając godziny pracy ośrodków medycyny pracy albo czas przyjmowania zaświadczeń przez szkoły?”.

Jak informuje MEiN, każda placówka medycyny pracy i każda szkoła może sobie zorganizować badania tak, jak jest jej wygodnie. Na przykład w Częstochowie zdecydowano, że badania odbędą się na terenie szkoły i nie było ani problemów, ani kolejek. W innych przypadkach, na przykład w Warszawie, placówki wiedząc, że jest problem z otrzymaniem zaświadczeń, wydłużyły czas ich przynoszenia do szkół.

Podobnie jest w Poznaniu – wiele szkół wydłużyło czas przynoszenia zaświadczeń i zapewnia, że nie będą z powodu braku zaświadczenia skreślać uczniów z list. Jednak to tylko łagodzi skutki, ale nie rozwiązuje problemu, jak zwracają uwagę rodzice. Oczywiście, rodzic może iść prywatnie z dzieckiem do lekarza medycyny pracy i wtedy zaświadczenie ma praktycznie od ręki, ale nie wszystkich na to stać, zwłaszcza że dziecko w nowej szkole oznacza większe wydatki i bez płacenia za badanie.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, Kuratoria Oświaty w Warszawie i w Łodzi opublikowały praktycznie od razu, gdy okazało się, że są kłopoty z dostarczeniem na czas zaświadczeń, oficjalną informację w tej sprawie. Zgodnie z nią uczniowie, którzy nie zdążą wykonać badań w terminie, czyli do 24 lipca, muszą złożyć w szkole pismo z datą wizyty u lekarza.

A co na to Kuratorium Oświaty w Poznaniu? Zapytaliśmy o tę sprawę 31 lipca. Dotąd nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Gdy nadejdzie, opublikujemy ją.

Podziel się: