Poznań kontra kluby go-go, czyli bezradny samorząd

Denerwujące magistrat kluby go-go z tańcem erotycznym i bardzo drogimi drinkami nadal mogą sobie działać w centrum pierwszej stolicy Polski. Jest to zgodne z prawem.

Walka była długa i zacięta, a trwała kilka lat. Kluby go-go denerwowały jeszcze poprzednika prezydenta Jaśkowiaka, Ryszarda Grobelnego, bo chociaż takie przybytki były w Poznaniu “od zawsze”, to jednak dyskretnie ukryte gdzieś w zakamarkach podwórek czy tylnych oficynach kamienic. Pierwsze takie kluby przy samym Starym Rynku pojawiły się w 2014 roku, budząc powszechną konsternację od samego początku. Jednak nie bardzo było się do czego przyczepić, więc sprawa do sądu ostatecznie nie trafiła.

Jacek Jaśkowiak postanowił jednak walczyć z tym zjawiskiem mimo braku twardych argumentów prawnych. Bo, jak się okazuje, działanie klubu z tancerkami erotycznymi, horrendalnie drogimi drinkami i personelem płci obojga nagabującym klientów na ulicach i na rynku – jest zgodne z prawem. Nie ma znaczenia, że mieszkańcom to się nie podoba i że im przeszkadza, nawet jeśli swoje zastrzeżenia wyrażą na piśmie. Sporym pakietem takich zastrzeżeń dysponuje poznańska policja: w ciągu jednego roku, od marca 2016 do marca 2017 odnotowała w klubach przy Starym Rynku ponad 80 interwencji. Wśród nich były wyłudzenia, kradzieże, bójki, naliczanie zbyt wysokich rachunków, a nawet sytuacja, gdy klienci, zniechęceni cenami i zapewne ofertą, chcieli wyjść z lokalu, a obsługa nie chciała ich wypuścić…

Miasto w swoim pozwie domagało się zamknięcia pięciu klubów go-go właśnie z tych powodów twierdząc, że szkodzi wizerunkowi miasta, zniechęca turystów, co z kolei przekłada się na realne straty przedsiębiorców żyjących z turystyki. Jako dowód prezydent przedstawił wiele skarg, które do niego napływają z tego powodu. No i Stary Rynek, jako wizytówka Poznania, nie jest odpowiednim miejscem na istnienie takiego przybytku.

Jednak Sąd Apelacyjny, jak i wcześniej Sąd Okręgowy, nie podzielił zastrzeżeń prezydenta. Zdaniem sądu prezydent nie udowodnił dostatecznie przekonująco, że rzeczywiście istnienie klubu przynosi szkodę miastu i jego mieszkańcom. Nie udowodnił przede wszystkim tego, że właściciele klubów – nazywanych “nocnymi” – dopuszczali się “zachowań sprzecznych z prawem lub dobrymi obyczajami, a zwłaszcza aby działania pozwanych naruszały dobre imię, renomę i wizerunek Miasta Poznań”. Mecenas Grzegorz Małek, który reprezentował pozwanych, dodał od siebie, że gmina w tej sprawie kreuje się na obrońcę moralności, a przecież z ustawy o samorządzie terytorialnym jasno wynika, że nie jest to zadanie gminy. I przywoływał przykład Marszu Równości, który też budzi mieszane uczucia w zależności od światopoglądu, a przecież co roku przechodzi przez Poznań, i to jeszcze pod patronatem prezydenta.

Można oczywiście polemizować z tą opinią choćby w ten sposób, że Marsz Równości idzie przez miasto raz w roku i trwa to raptem kilka godzin – a klub działa codziennie. I jeszcze nikt nie zarzucił organizatorom marszu, że wyczyścili komuś konto do zera albo sprzedawali drinki po zawyżonych cenach, nie mówiąc o oferowaniu tańców erotycznych. Swoją drogą ciekawe: dlaczego ci obrońcy moralności, którzy tak głośno protestują przeciwko marszom, nie odzywają się w sprawie klubów go-go?

Problem jest jednak znacznie poważniejszy: okazuje się, że w wielu dziedzinach, w tym także w dziedzinie – nazwijmy to za panem mecenasem – moralności gminnej mamy pokaźne dziury w prawie. I wcale nie chodzi tu świętoszkowatość czy hipokryzję poznaniaków. Nie chodzi nawet o obronę panów, którzy podczas wesołej zabawy stracili w klubie duże pieniądze i potrafią udowodnić, że nie działo się tak z ich woli.

Chodzi o to, że taka dziura prawna odbiera mieszkańcom tego miasta prawo do decyzji, co chcą mieć, a czego nie w swoim mieście. To ile jest warta nawet nie moralność, ale samorządność i praworządność, skoro obowiązuje wybiórczo? Właściciel klubu go-go może go sobie otworzyć, gdzie chce. Mieszkaniec Poznania, któremu taki przybytek otwarto pod nosem -nie ma nic do powiedzenia.

W 2016 roku Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, napisał list otwarty do Mariusza Błaszczaka, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych oraz Mateusza Morawieckiego, ówczesnego ministra finansów. Domagał się w nim, by ministrowie podjęli zdecydowane działania w sprawie ograniczeń prawnych działalności klubów ze striptizem. Sopot również zmagał się z tym problemem – i równie bezskutecznie jak Poznań. “Prezydenci walczą od dłuższego czasu o dobre imię swoich miast, tocząc trudną walkę z firmami – właścicielami klubów go-go” – powiedział prezydent Karnowski “Gazecie Wyborczej”. “Niestety w tej walce – pomimo nagłaśniania sprawy przez media – pozostają osamotnieni”.

Lilia Łada, fot. Lilia Łada

0 0 vote
Oceń artykuł
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze