Rynek Łazarski, smażenie jajecznicy fot L. Łada

Poznań: Jak aktywiści jajecznicę na Rynku Łazarskim smażyli

Wszystko było zgodnie ze sztuką: cztery patelnie z oliwą z oliwek ustawione na rozpalonym asfalcie. Tak młodzi aktywiści udowadniali, że na rynku przy temperaturze powietrza 30 stopni jest wystarczająco gorąco, by można było smażyć jajka.

– Za nami rozpościera się piękna, betonowa pustynia, przeplatana gdzieniegdzie posadzonymi drzewami, niemniej, jak widzimy, beton i asfalt górują w tej przestrzeni – opowiadał Kacper Nowicki, były przewodniczący Młodzieżowej Rady Miasta Poznania. – Postanowiliśmy zwrócić na to uwagę, jako młode osoby, którym leży na sercu los Poznania.

Ich zdaniem taka akcja to najlepsza metoda, by namacalnie udowodnić, że miasto powinno być zielone i dla wszystkich, a nie wyłącznie dla samochodów i tych, którzy z ich pomocą przemieszczają się z domu do biura. Dziś, gdy temperatura powietrza wynosi 29 stopni, na Rynku Łazarskim trudno wytrzymać – ale można usmażyć jajecznicę, co też spróbowali dziś udowodnić. Co prawda smażyły się nie jajka, ale tofu z przyprawami, ze względu na ekologię, ale sensu eksperymentu to nie zmieniło.

Kacper Nowicki wie o tym, że obecny wygląd Rynek Łazarski to efekt wypadkowej wielu interesów i czynników wypracowanych podczas konsultacji społecznych – sam nie brał w nich udziału, bo był jeszcze w gimnazjum. Wie także, że trzeba było uwzględnić potrzeby zmotoryzowanych mieszkańców rynku i tych, którzy tu pracują.
– Niemniej uważamy, że samo miejsce i wykonanie go nie przystaje do faktycznych potrzeb lokalnej społeczności – mówi. – Sam zastępca prezydenta Mariusz Wiśniewski, który jest odpowiedzialny za realizację tej inwestycji, podnosił, że będzie tutaj aż 36 metrów kwadratowych zieleni więcej niż przed przebudową. Uważamy, że jak na ilość dekad, które upłynęły od utworzenia tego rynku i jak na kryzys klimatyczny, który obecnie mamy, jest to po prostu niewystarczająca ilość.

W okolicy rośnie kilka drzew, choć nie wyglądają najlepiej: upały wyraźnie dają im się we znaki, być może także znaczenie ma fakt, że każde z nich rośnie na naprawdę niewielkim kawałku otwartej ziemi, która nie jest przykryta kamienną kostką. Kamień i beton zdecydowanie dominują.
– Dodatkowo nie jesteśmy w stanie przejść obojętnie obok tego, że Mariusz Wiśniewski nie widzi pola do korygowania tego. I chyba to nas najbardziej boli – mówi Kacper Nowicki. – Oczywiście sam projekt powstał lata temu, kiedy świadomość na temat katastrofy klimatycznej nie była jeszcze tak wielka. Natomiast nie widzimy ze strony osób związanych z tą inwestycją jakiejkolwiek chęci do zmiany. Uważamy, że w przeciągu kilku, kilkunastu lat część tego placu będzie musiała być odbrukowana, bo nie będzie tutaj życia.

Kacper Nowicki wie, o czym mówi: mieszka przy placu i oglądając rosnącą inwestycję nie wyobraża sobie spędzania wolnego czasu w tej przestrzeni. Zwłaszcza podczas upałów. A to z kolei stawia pod dużym znakiem zapytania ożywienie tego miejsca i ściągnięcie tu lokalnych restauracji, kawiarni czy sklepów, bo taki ma być efekt tej rewitalizacji. Kto tu przyjdzie i wytrzyma, jeśli na płycie rynku będzie ponad 40 stopni Celsjusza, tak jak dziś?

– Kilka dni temu, we wtorek, szłam przez plac, gdy było 25 stopni i po 30 sekundach byłam tak zmęczona i spragniona, że przyszłam do domu Kacpra i powiedziałam: “idziemy zrobić zdjęcia z patelnią, bo to nie moze tak wyglądać” – dodała Aleksandra Sroka, sekretarz Młodzieżowej Rady Miasta.

Bartosz Bilski z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego zwrócił z kolei uwagę, że stojąca obok fontanna, która ma ochładzać to miejsce i obniżać temperaturę, niekoniecznie będzie spełniała swoją funkcję.
– Tak będzie, dopóki wody nie zacznie brakować – ostrzegał. – Pierwszymi rzeczami, które zostaną wyłączone, gdy tak się stanie, będą właśnie fontanny i miejskie podajniki wody. Już teraz zmagamy się z jednym z największych kryzysów klimatycznych w naszej historii, widzimy jego jego skutki w Wielkopolsce, na przykład na Pojezierzu Gnieźnieńskim, gdzie panuje susza. Poznań też to czeka w mniejszym lub większym stopniu.

Bartosz Bilski zwrócił także uwagę, że szczelna kamienna powierzchnia rynku nie przepuszcza wody. I co się stanie, jeśli znów przyjdzie taka wielka ulewa jak 22 czerwca? Woda nie będzie miała gdzie uciec, bo nie ma tu ziemi, która by ją wchłonęła oraz roślin, które by ją zaabsorbowały. Drzewa, które zostały posadzone, są za małe i jeszcze przez kilkanaście lat ani nie będą pochłaniały wystarczająco dużo wody deszczowej – ani nie będą obniżały temperatury w otoczeniu i nie dawały porządnego cienia.
– Woda będzie się zbierać, będzie podtapiać wszystkie okoliczne budynki i piwnice – wyjaśniał. – Na terenie Rynku Łazarskiego jest kilka miejsc, gdzie są obniżenia terenu. A gwałtowne ulewy będą się w przyszłości pojawiać coraz częściej i miasto musi być do nich przystosowane. Miasta, które są zabetonowane, nie przetrwają wielkich ulew.

– Ta inwestycja kosztuje ponad 43 mln zł. To są horrendalne pieniądze i szczerze mówiąc ja mam poczucie wielkiej defraudacji środków publicznych – podsumował Kacper Nowicki. – Bo jesteśmy obecnie w miejscu, z którego się nie da korzystać.

 

5 2 votes
Oceń artykuł
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze