poseł Śmiszek i doniesienie do prokuratury

Poznań: Co działo się w zakonnym domu młodzieży?

Posłowie Lewicy złożyli w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury, a wśród zarzutów jest znęcanie się fizyczne i psychiczne nad wychowankami, rozpijanie ich i inne czynności seksualne. Ale władze miasta tych zarzutów nie potwierdzają.

Przypomnijmy: 29 października posłowie Lewicy złożyli w poznańskiej prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez księdza Mariusz Słomińskiego, byłego dyrektora Domu Młodzieży im. św. Dominika Savio w Poznaniu oraz Domu Młodzieży im. bł. Laury Vicuni, również w Poznaniu. Obie placówki miały zapewniać opiekę i edukację młodym ludziom, ale nagminnie dochodziło tam do znęcania się nad wychowankami, karania ich zamykaniem w izolatkach, były także próby rozpijania ich i innych czynności seksualnych. Tak twierdzą byli już wychowankowie obu placówek.

Po sprawdzeniu sprawy i zebraniu dodatkowych faktów posłowie Lewicy: Krzysztof Śmiszek i Katarzyna Ueberhan złożyli zawiadomienie do prokuratury, która zajmuje się obecnie tą sprawą.

Jednak, jak zwróciliśmy wówczas uwagę – zastanawiający był w tej sprawie fakt, że wydarzenia opisane przez byłych wychowanków trwały około 6 lat. Placówki były w tym czasie kontrolowane przez poznański samorząd, który nad nimi sprawował nadzór i który płacił na ich utrzymanie, a także przez inspektorów salezjanów, bo to ten zakon prowadził ośrodek – i nikt nie zauważył żadnych nieprawidłowości. Nikt też nie dostał nigdy skarg na dyrekcję placówki czy też sposób jej prowadzenia. Tak poinformowała Radio Poznań Joanna Żabierek, rzeczniczka prasowa prezydenta Poznania.

Kontroli w tym czasie przeprowadzono kilka i nie stwierdzono żadnych uchybień. Owszem, kilkakrotnie doszło do pewnych nieścisłości w rozliczeniach finansowych, ale pieniądze były przez salezjanów zwracane. Jednak co do traktowania wychowanków żadnych zastrzeżeń nie było.

Sami byli wychowankowie przyznali zresztą, że nikomu się nie skarżyli, ale byli dziećmi i nie mieli pojęcia, do kogo mieliby się udać. Zresztą dyrektor ich zapewniał, że nikt im nie uwierzy, a gdy on dowie się, że komukolwiek powiedzieli o tym, co się dzieje w ośrodku, czekają ich straszne kary, od których nikt ich nie wybroni. Dopiero po osiągnięciu pełnoletniości i kilka lat po odejściu z domu jeden z wychowanków, Arkadiusz Wiśniewski, odważył się opowiedzieć o tej sprawie asystentowi posła Śmiszka.

Czy jednak kontrolujący urzędnicy, w końcu specjaliści, nie powinni zauważyć, że z podopiecznymi jest coś nie tak? Nie zwróciły ich uwagi  izolatki na terenie placówki czy częstotliwość kar polegających na zakazie wyjścia do domu na weekend? Nie wiedzieli o częstych nieobecnościach w szkole?

Nie byłby to pierwszy przypadek w Polsce, gdy dzieci były poniżane i karane niezgodnie z prawem, a nikt latami tego nie zauważał. Bicie dzieci w domu dziecka prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Warszawie, gwałty i przemoc w zakładzie sióstr boromeuszek w Zabrzu, któremu szefowała słynna siostra Bernadetta czy bicie i przywiązywanie do łóżek w rodzinnym domu dziecka prowadzonym w Gdańsku przez Wiolettę i Andrzeja W. W tych i wielu innych placówka do przemocy, i to w najbardziej drastycznej formie, dochodziło latami. I też żaden z organów, który powinien je kontrolować i zauważyć takie zjawiska – niczego nie zauważył.

el

3 2 votes
Oceń artykuł
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze