Polacy nie chcą zakazu handlu w niedzielę

Ponad 55 proc. Polaków ma takie zdanie, a zaostrzenie zakazu handlu popiera tylko 28 proc. badanych. Sondaż, który dał takie wyniki, przeprowadził Instytut Badań Spraw Publicznych dla money.pl.

Z badania wynika, że aż 55 proc. woli utrzymanie dzisiejszego statusu quo, a aż 47 proc. nie chce dalszego zaostrzania przepisów dotyczących handlu w niedzielę. Nawet wśród osób zdecydowanie przeciwnych handlowi w niedzielę aż 20 proc. nie uważa, że obecna sytuacja jest dobra. Natomiast wśród ankietowanych, którzy są “raczej za” zakazem niemal 45 proc. nie popiera zakazu handlu we wszystkie niedziele. Zdecydowanie za zakazem jest tylko 28 proc. ankietowanych.

Czy to oznacza, że preferencje Polaków się zmieniły – czy po prostu musieli na własnej skórze odczuć uciążliwość wyłączenia jednego dnia zakupowego w tygodniu? Pamiętajmy, że Polacy spędzają bardzo dużo czasu w pracy – rocznie to 1832 godziny, ponad 300 godzin więcej niż Brytyjczyk i prawie 400 godzin ponad średnią w Niemczech. Takie są najnowsze dane OECD.

Czy to znaczy, że jesteśmy aż tak pracowici? Być może to też, ale akurat w tym przypadku chodzi o zarobki. W Europie Zachodniej są one na tyle wysokie, że pracownik może pracować na część etatu, a i tak ma na całkiem niezłe życie. W Polsce ludzie po 8 godzinach jednej pracy idą do kolejnej lub biorą nadgodziny, by z pensji wystarczyło choćby na przeżycie.

– Pracuję na etacie na wyższej uczelni, w księgowości, a drugi, niepełny, mam w biurze rachunkowym – opowiada pani Katarzyna, która bardzo aktywnie walczy przeciwko zakazowi handlu w niedzielę. – Pracę kończę około 20.00 i mam jeszcze jechać na zakupy dla czteroosobowej rodziny? To zajmie mi czas do mniej więcej 22.00, biorąc pod uwagę obowiązki domowe nie położę się spać przed północą. A przecież rano muszę wstać o szóstej i iść do pracy, i to w finansach. Nie mogę sobie pozwolić na pomyłki.

Pani Katarzyna chętnie pracowałaby tylko na jednym etacie – ale jej nie stać. Kupili z mężem mieszkanie na kredyt i właśnie go spłacają, co miesięcznie kosztuje ich prawie 2 tysiące złotych. W domu jest dwójka dorastających dzieci i chora teściowa. Musieli wziąć dodatkową robotę, a i tak muszą uważać na wszystkie wydatki.
– Jak słyszę, że jestem nieogarnięta, bo nie daję rady zrobić zakupów w tygodniu albo że mogę kupować w Żabce, to szlag mnie trafia – złości się pani Katarzyna. – Nie stać mnie na zakupy w Żabce! Gdybym tam robiła zakupy spożywcze, miesięczny rachunek skoczyłby mi pewnie o jakieś tysiąc złotych. Nie mam takich pieniędzy. Tyle miesięcznie muszę wydać na pampersy dla mamy. Ludzie, którzy to proponują, chyba nigdy nie mieli rodziny i nie mają pojęcia, jak to jest. Albo może są prezesami z pensjami powyżej 10 tysięcy.

Agata Pieczyńska, która jest szkoleniowcem z zawodu, także jest przeciwna ograniczeniom.
– Często wracam z pracy oi różnych porach, dużo pracuję też poza Poznaniem i wracam na przykład po tygodniu nieobecności właśnie w niedzielę – opowiada. – I co, mam chodzić głodna do poniedziałku? Nie stać mnie na zakupy na stacjach benzynowych, aż tyle nie zarabiam. A przecież ludzi tak pracujących w ten sposób jest bardzo wielu, to nie tylko ja. Czy naprawdę musimy nadal trenować mechanizmy z głębokiej komuny na naszej gospodarce? Ona sama sobie poradzi. Jeśli ludzie nie będą robić zakupów w niedzielę, to nie będą tego robić i sklepy same się zamkną.

Pan Marian, właściciel sklepu spożywczego, zwraca z kolei uwagę na fakt, że ograniczenie handlu w niedzielę miało poprawić sytuację małych, prywatnych sklepików. Paradoksalnie jednak poprawiło sytuację wyłącznie Żabek i kilku innych sieci. Prywatnych sklepów nie.
– Przez kilka tygodni w ubiegłym roku stałem za ladą we wszystkie niedziele – opowiada pan Marian. – Przyszło może z 5 osób. Utargu z tego nie było nawet na wynagrodzenie za pracę w te dni, gdybym był pracownikiem. Cen nie mam wysokich, sklep jest na Dębcu, to nie jest bogata dzielnica. I nie chodzi też o to, że ludzie muszą się przyzwyczaić, tylko o to, co kupują w niedziele: pieczywo, obkład, no i oczywiście chipsy i alkohol. I tu jest pies pogrzebany. Pieczywa za dużo nie mogę mieć, bo co z nim zrobię, jak nie sprzedam? W małym sklepie nie opłaca się piec na bieżąco z mrożonego ciasta, bo sama instalacja jest kosztowna. Alkoholu drogiego też nie mam, bo nikt go u mnie nie kupuje, obkład tak samo. Bo co zrobię z drogim serem, jaki zostanie? W dużych sklepach, w sieciach to wygląda inaczej. Dlatego ludzie pójdą tam, a mnie zostaną stałe klientki emerytki z okolicy kupujące te same produkty. bez względu na to, jakie przepisy wymyśli rząd.

“Solidarność” jednak, bo to ona głównie walczy o zaostrzenie regulacji, nie bierze tych argumentów pod uwagę. Uważa – jak podaje money.pl – że problemem jest status placówek pocztowych, o jaki postarały się Żabki, co umożliwia im działalność w niedziele. I zamierza walczyć o zabranie im tego statusu. Chcą, żeby wszystkie sklepy pracowały na takich samych zasadach. To, że zasady nie mogą być takie same z racji specyfiki i różnorodności samych sklepów – nie biorą pod uwagę.

Co ciekawe, zasadność zakazu pracy w niedziele podważają także sami pracownicy handlu.
– Jeśli ktoś pracuje w handlu odzieżą, to może rzeczywiście zyskał – zastanawia się pani Martyna, pracująca w jednym z dyskontów spożywczych. – Ale my akurat pracy mamy więcej, bo jest więcej pilnowania z terminami ważności artykułów świeżych, zagospodarowaniem pieczywa, które się nie sprzedało przed niedzielą i tak dalej. Nie można już sobie odłożyć niektórych czynności na niedzielę, bo nie ma tej niedzieli, więc częściej zostaję po godzinach w tygodniu.

Plusy i minusy związane z zakazem handlu w niedzielę Polacy przetrenowali w minionym roku. W Poznaniu wystarczy wspomnieć choćby gigantyczne korki do galerii Posnania i nieco mniejsze do pozostałych, a także kolejki w Żabkach, które jako jedne z nielicznych ratowały poznaniaków. A przecież w dużym mieście i tak pod tym względem jest nieporównanie bardziej komfortowo niż w mniejszych ośrodkach. Tam bardzo często do wyboru pozostaje stacja benzynowa albo… uprzejma sąsiadka. Do najbliższego otwartego sklepu jest kilka kilometrów.

Efektem ograniczeń w handlu jest więc dodatkowe utrudnienie życia pracującym Polakom robiącym zakupy, dodanie pracy w tygodniu Polakom pracującym w handlu i ogólne zdenerwowanie kupujących, którzy i tak w naszym kraju mają pod górkę. Tylko czy naprawdę o to chodziło?

Money.pl, el

Dodaj komentarz

avatar