Do osiemdziesiątej pierwszej minuty czwartkowego meczu z mistrzem Wysp Owczych przy Bułgarskiej narastało coś, czego kibice Lecha nie chcieli nazywać po imieniu. Wtedy uderzył Yannick Agnero i było 1:0. Jedna bramka przewagi przed rewanżem w Tórshavn to zaliczka, przy której nikt nie śpi spokojnie. Dziś, trzy dni później, mistrz Polski ma jednak inny problem do rozwiązania: własną ligową skuteczność.
Mistrz, który strzelił dwa gole
Lech wchodzi w trzecią kolejkę jako drużyna niepokonana i jednocześnie drużyna, która w dwóch ligowych meczach zdobyła cztery punkty i dwie bramki. Bezbramkowy remis z Cracovią przy Bułgarskiej, potem wygrana 2:1 w Krakowie z Wieczystą. Bilans na papierze przyzwoity, choć w klubie, który latem podnosił nad głowami kolejny w historii tytuł mistrzowski, oczekiwania są ustawione wyżej.
Ten tytuł miał zresztą wagę większą, niż wskazywałaby liczba. Obrona mistrzostwa w Ekstraklasie udała się w tym stuleciu tylko Wiśle Kraków, Legii Warszawa i teraz Lechowi. Zespół Nielsa Frederiksena zrobił coś, co w polskiej lidze udaje się raz na kilkanaście lat. I właśnie dlatego nikt nie zamierza mu taryfowo ulżyć w sierpniu.
Rachunek za lipcowy wieczór
Bo pamięć o ostatnim tygodniu lipca jest w Poznaniu wciąż świeża. W Aarhus Lech wygrał 4:1 i wyglądał na zespół, który poważnie myśli o Lidze Mistrzów. W rewanżu przy Bułgarskiej przegrał 1:4, a rzuty karne zakończyły się wynikiem 3:4 dla Duńczyków. Frederiksen, który w zawodzie trenera pracuje ponad trzydzieści lat, przyznał potem, że trudno mu przypomnieć sobie bardziej bolesną porażkę.
Konsekwencją była przeprowadzka z eliminacji Ligi Mistrzów do kwalifikacji Ligi Europy i mecz z KI Klaksvik, drużyną z archipelagu, na którym mieszka mniej ludzi niż na poznańskich Ratajach. Dziewięć strzałów do dwóch w pierwszej połowie, bezbramkowy remis do przerwy, gol dopiero w końcówce. Były mecze, po których wychodziło się ze stadionu z większą pewnością siebie.
Gość, który w jedno popołudnie potrafi wszystko
Piast przyjeżdża do Poznania jako drużyna z jedenastego miejsca, ale też jako drużyna, która w drugiej kolejce wygrała 4:3. Tydzień wcześniej przegrała w Lubinie 2:0, nie zdobywając bramki. Trudno o lepszą ilustrację tego, czego można się po gliwiczanach spodziewać: albo nic, albo wszystko naraz.
Sam Daniel Myśliwiec po tamtym szalonym meczu z Wisłą Kraków nie udawał, że jego zespół zagrał wzorowo. Przyznał wprost, że gliwiczanom się upiekło, i wskazał skuteczność jako obszar do pracy. To trener, który rzadko owija sprawy w bawełnę, i który zna zespół z Bułgarskiej lepiej, niż byłoby to wygodne dla gospodarzy.
Historia, która nie daje spokoju
W lutym Piast pokonał w Gliwicach mistrza Polski 1:0, po bramce w samej końcówce zaległego spotkania. Lech był wtedy w środku zimowego kryzysu, z którego wychodził boleśnie. Zrewanżował się dwanaście dni później przy Bułgarskiej, wygrywając 3:0 po dwóch ciosach w kilkanaście minut i golu głową w doliczonym czasie gry.
Gliwiczanie mają w Poznaniu status rywala, który przegrywa częściej niż wygrywa, ale rzadko przegrywa łatwo.
Siódmy mecz w niespełna cztery tygodnie
Dzisiejsze spotkanie jest dla Lecha siódmym meczem o stawkę od Superpucharu Polski rozegranego w połowie lipca. W czwartek zespół leci na Wyspy Owcze na rewanż z KI Klaksvik, który zaczyna się o 19:30.
Frederiksen stanie więc przed klasycznym dylematem sierpniowego trenera w europejskich pucharach: ilu podstawowych zawodników wystawić dziś, a ilu oszczędzić na czwartek. Wybór utrudniają absencje, bo w kadrze zabraknie między innymi Alego Gholizadeha, Leo Bengtssona i Alexa Douglasa. W Piaście na mecz nie może liczyć bramkarz Frantisek Plach.
Początek o 17:30 na Enea Stadionie, transmisja w CANAL+ Sport 3.