Jak wigilia – to tylko tradycyjna!

Siadanie do stołu, gdy zaświeci pierwsza gwiazdka, wkładanie siana pod obrus i zostawianie miejsca dla niespodziewanego gościa. To najbardziej znane tradycje wigilijne. Ale nasi przodkowie mieli ich znacznie więcej.

Właściwie przez cały dzień poprzedzający Boże Narodzenie trzeba było bardzo uważać na to, co się robi, bo wszystko – zgodnie z tradycją – było bardzo ważne. Na przykład – wczesne wstanie w wigilię gwarantowało energię i dobre samopoczucie przez cały następny rok. A najlepiej jeszcze, jeśli się ten dzień rozpoczęło od kąpieli w rzece albo w strumieniu. Odkąd mamy ocieplenie klimatu nie jest to już tak ekstremalna rozrywka, ale i tak kąpiel w wodzie mającej raptem 4 stopnie Celsjusza to rozrywka nie dla każdego. Może jednak warto pomyśleć chociaż o zimnym prysznicu…?

Tego dnia obowiązywał ścisły post. Można było jeść jedynie chleb i popijać wodą. Ale na śniadanie ten chleb powinien być z miodem i odrobiną wódki, by zapewnić obfitość jedzenia i picia przez cały rok. Absolutnie nie wolno było tego dnia niczego pożyczać, nawet oldrobiny soli czy – powiedzmy – ozdoby do wigilijnego stroju. To grozi utratą majątku w ciągu roku.

Choinkę należało ubrać zaraz po śniadaniu, ale lampek nie wolno było zapalać przed czwartą po południu, żeby złego nie kusić przedwczesnym świętowaniem. I koniecznie trzeba było powiesić jemiołę: wcale nie dlatego, by móc się bezkarnie całować! Dla naszych przodków spełniała ona znacznie ważniejszą rolę: chroniła przed pożarem i uderzeniem pioruna.

Następną rzeczą było nakrycie stołu – oczywiście pod obrusem musiało się znaleźć rozłożone sianko. To odległe echo tradycji pogańskich, zgodnie z którymi po świątecznej wieczerzy należało powróżyć wyciągając źdźbło spod obrusa. Z jego stanu wnioskowano, jaki będzie ten nadchodzący rok. Najlepiej było wyciągnąć trawkę z kwiatostanem i zielona – to oznaczało zmiany na lepsze w życiu i wielką miłość. Zółta wróżyła solidne zabezpieczenie gotówką, choć nie w przesadnych ilościach. Najgorzej było wyciągnąć połamaną albo szarą trawkę. Połamana wróżyła straty finansowe, a koslawa – kłopoty ze zdrowiem.

Na wigilijnym stole powinno być nakrycie dla niespodziewanego gościa. To także echa prasłowiańskich wierzeń. Kiedyś powszechnie uważano, że noc wigilijna jest jedną z tych nocy, gdy dusze zmarłych mogą wracać na ziemię, by odwiedzić swoich bliskich. Dlatego na wszelki wypadek trzeba było dmuchnąć na krzesło, zanim się na nim usiadło, żeby nie usiąść na odpoczywającej tam duszy. Nie wolno też było pluć, śmiecić, rąbać drewna i szyć tego dnia, bo wszystko to mogło obrazić dusze przodków. Natomiast pod każdy talerz należało położyć monetę na szczęście, by nikomu nie brakowało gotówki. Warto było także schować do portfela łuskę wigilijnego karpia – w tym samym celu.

A ile powinno być wigilijnych potraw? W różnych regionach Polski dfziś wygląda to różnie, ale kiedyś wiadomo było, że wyłącznie 12, tyle, ilu było apostołów. Zanim jednak domownicy mogli się nimi rozkoszować, trzeba było podzielić się opłatkiem. Dzielił go zawsze najstarszy mężczyzna w rodzinie i wierzono, że temu, kto się przełamie opłatkiem, nie zabraknie chleba przez cały rok.

Jeśli chodzi o wigilijne dania, to do naszych czasów przetrwały one praktycznie bez zmian – inna rzecz, że tu każdy region Polski ma swoje tradycje. Wśród zup do wyboru jest migdałowa, grzybowa, rybna i barszcz z uszkami. Wśród pozostałych dań musiały być dania z ryb, kapusta z grzybami albo pierogi z takim nadzieniem, a na kresach wschodnich – kutia, danie przyrządzone z maku, miodu, gotowanej pszenicy i mnóstwa bakalii. Do picia powinien być kompot z suszonych owoców. W niektórych regionach obowiązkowy był kieliszek wódki – ale tylko jeden, na zakończenie wigilii.

Początek wieczerzy wyznaczała pierwsza gwiazdka. Gdy niebo było zachmurzone, czas wieczerzy wyznaczano w przybliżeniu, ale nikogo to nie martwiło, bo pochmurna noc wróżyła dobre plony w nadchodzących roku. Jeszcze lepiej, żeby noc była mglista – wtedy znaczyło to, że krowy będą dawać dużo mleka.

Po kolacji można już było zabrać się za rozdawanie prezentów. Wydaje się, że ten zwyczaj był od zawsze, ale tak naprawdę pojawił się dopiero w XIX wieku. Wcześniej jedynie władcy ofiarowywali z okazji Bożego Narodzenia prezenty swoim dworzanom, a za czasów pogańskich na Gody obdarowywano dzieci słodyczami i tak zwanymi szczodrakami, czyli ciastkami w kształcie ludzkich postaci. Ale takie prezenty, jakie znamy dzisiaj, pojawiły się dopiero w XIX wieku.

el

0 0 vote
Oceń artykuł
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze