Ethno Port Poznań: Irlandczycy z poczuciem humoru i czarujący Grecy

Ostatni dzień najbardziej multikulturowego festiwalu w Poznaniu był tak udany, że widzowie zaczęli tęsknić za Etno Portem – zanim się skończył. Nie ulega wątpliwości, że winę za ten stan rzeczy ponoszą organizatorzy.

Ostatni dzień festiwalu rozpoczął się koncertem zespołu Lankum, kwartetu z Dublina, grającego tradycyjną muzykę irlandzką. Ale oczywiście to nie byłby Ethno Port, gdyby to była tak po prostu muzyka irlandzka. Muzycy z lekkością, talentem i poczuciem humoru niezwykłym nawet jak na nację, która z humoru słynie, przetwarzają tradycyjne motywy, dodając sporo od siebie. Dzięki tym całkiem współczesnym wtrętom udowadniają, że ta muzyka jest wciąż żywa, wciąż aktualna – i wciąż jest w stanie opowiedzieć o życiu Irlandczyków bez względu na to, czy to XVII czy XXI wiek.

Wirtuozeria muzyczna całej czwórki skutkowała gorącymi brawami ethnoportowej publiczności, zabawne przekomarzania muzyków i ich instrumentów były widocznym dowodem ich umiejętności. Jednak prawdziwe mistrzostwo pokazali śpiewając a capella. I to było coś, co naprawdę warto było usłyszeć.

Kolejny koncert był też kolejnym ethnoportowym zaskoczeniem. Lina Babilonia wraz z grupą Son Ancestros przyjechała z Kolumbii, czyli Ameryki Południowej. Czyli kontynentu, na którym wymyślono tango, sambę czy wreszcie lambadę, grywane zazwyczaj z bogatym instrumentarium i w wersjach aż mdląco słodkich. Tymczasem muzyka wykonywana przez Linę i jej zespół jest zupełnie inna. Przede wszystkim instrumentem jest tu głos, wspierany przez bębny nadające tempo. I to całe instrumentarium. Taki zestaw może wydawać się strasznie ubogi, ale tylko do momentu, gdy muzycy zaczną grać. Wtedy okazuje się, ile możliwości muzycznych, interpretacyjnych tkwi w tym zestawie i ile można wydobyć z kilku bębnów i ludzkiego głosu. Koncert był fascynujący: bogactwo linii melodycznej, wyrazistość i pewna surowość melodii przy całej jej latynoskiej energii, złożoność muzycznych fraz – wszystko to sprawiało, że człowiek po prostu musiał stale patrzeć na scenę, by uwierzyć, że to tylko bębny i głos.

Evritiki Zygia, męski kwintet z północno-wschodniej Grecji, był kolejnym zaskoczeniem – zwłaszcza dla tych, którzy spodziewali się uśmiechniętych greckich wirtuozów buzuki i całego zestawu utworów w stylu zorby czy sirtaki. Jeśli chodzi o wirtuozerię nie można mieć zastrzeżeń, muzycy dali z siebie wszystko, błyskawicznie nawiązali kontakt z publicznością i trzeba przyznać, że był to jeden z bardziej czarujących zespołów występujących na festiwalu.
Ale muzyka z tego regionu, jak się okazało, jest zupełnie inna, można powiedzieć – bardziej bałkańska. Jej styl do złudzenia przypomina muzykę południowej Bułgarii, a i sam zestaw instrumentów przywodzi na myśl bardziej Bałkany niż Grecję: flet, dudy, bębny i lira przypominająca zdecydowanie bardziej bułgarską gydułkę niż lirę.

Żywiołowa, nieco dzika i z tym charakterystycznym rytmem typowym właśnie dla muzyki bułgarskiej, porwała publiczność do tańca. Trzeba jednak przyznać, że ten rytm tu, na północy, był chwilami dość trudny do zatańczenia. Ale to przecież ethnoportowa, wyedukowana publiczność, która momentalnie wyczuła, w czym rzecz – i zaczęła tańczyć klasyczne, południowosłowiańskie choro lub kolo.

Festiwal zakończył koncert zespołu Lemma: jedenaście artystek z Algierii pod wodzą Souad Asli, wokalistki i tancerki. Muzyka tego zespołu to tradycyjne pieśni z pustynnych osad południowo-wschodniej Algierii, opowiadające o życiu, o poowinnościach wobec Boga, i wreszcie o tym, jak ważna jest rodzina. Rytmiczny śpiew prowadzony przez bębny, dzwonki i… gitarę elektryczną wprawia nieledwie w trans, chwilami jest bardziej melorecytacją niż śpiewem, ale to także należy do tradycji.

Słuchanie go i obserwowanie artystek było niezwykłym doświadczeniem muzycznym. Każda z pieśni niesie ważne przesłanie, każda jest swego rodzaju lekcją powinności w życiu, lekcją wiary i nie rozumiejąc tekstu, z pewnością wiele się traci. Ale nawet i bez tego ten rytmiczny śpiew i pełen pasji głos Souad Asli, z akcentami punktowanymi przez instrumenty perkusyjne zapada w serce i w duszę.

To ostatnie w tym roku spotkanie z muzyką ethno na tę skalę w Poznaniu. Na kolejny Ethno Port trzeba będzie czekać do przyszłego roku – i będzie to czekanie z niecierpliwością, ciekawością, co też tym razem zaproponuje Andrzej Maszewski, dyrektor festiwalu. Z pewnością jednak już wkrótce będzie musiał zaproponować nowe miejsce – popularność festiwalu rośnie, a fanów przybywa. Może nie było to jeszcze tak widoczne podczas koncertów na trawie, ale i Sala Wielka, i Dziedziniec Zamkowy pękały w szwach. Ethno Port przestaje się mieścić w Zamku i wkrótce trzeba będzie coś z tym zrobić.

Lilia Łada, fot. Sławek Wąchała

0 0 vote
Oceń artykuł
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze