Tak gra prawdziwy zespół! Lech wygrywa w hicie

Lech Poznań pokonał po bardzo emocjonujących spotkaniu Legię Warszawa 2:0 po bramkach Nikoli Vujadinovicia oraz Christiana Gytkjaera. Być może w dzisiejszym meczu narodził się zespół, który powalczy jeszcze w tym sezonie o miejsce w ligowej trójce.

Atmosfera przed rozpoczęciem sobotniego spotkania była niezwykle gorąca, mimo tego że za oknem temperatura zwyczajnie nie rozpieszczała. Wczoraj, w piątek, na klubowym social-media warszawski klub pierwszy sprowokował Lech Poznań, dając zdjęcie blendera z burakami nawiązując do trenera Ricardo Sa Pinto, by ten “ewentualnie nie gwiazdorzył”. Kapitalną ripostą za to popisał się warszawski klub, pytając prowadzących profil Lecha Poznań: “jaki klub, takie trofea” – dając zdjęcie pucharu za tytuł mistrza Polski. Po wpisie Lecha pojawiło się wiele słów krytyki, my za to pochwalimy – spójrzmy na kluby Bundesligi, np. Bayern czy Bayer Leverkusen, które w internetowych przepychankach nie przebierają w słowach. Spójrzmy dalej na konto włoskiej AS Romy, prowadzone w sposób kapitalny: prześmiewczo o rywalach, ale także z dystansem o sobie. Lech, będący tak naprawdę pierwszy czy drugi po Jagiellonii, próbuje wprowadzić nieco rozluźnienia i kolorytu, co w czasach wszechobecnego marudzenia i smutku, było naprawdę fajne, odpowiedź Legii jeszcze lepsza. Taki jest dzisiaj internet i trzeba iść z duchem czasu.

Adam Nawałka i Ricardo Sa Pinto na przedmeczowych konferencjach prasowych zapowiadali, że nie ma znaczenia, ile punktów w tabeli dzieli te dwa zespoły, bo spotkanie obu drużyn zawsze pełne jest walki, agresji i wzajemnych przepychanek. Taka jest już nasza piłka: gdy brakuje umiejętności względem klubów europejskich, gramy bardziej siłowo, to też czasem potrafi być widowiskowe. Nie ma w Polsce dla kibica czegoś lepszego niż pełne zaangażowanie swoich podopiecznych, potrafią wybaczyć wpadki wtedy, kiedy naprawdę widzą, że piłkarzom zależało na zwycięstwie i przynajmniej próbowali coś zdziałać.

Przed pierwszym gwizdkiem Lecha, a Legię dzieliło dziewięć punktów. Ewentualna strata punktów “Kolejorza” w bezpośrednim pojedynku z mistrzami Polski praktycznie przekreśla ich jakiekolwiek szanse na zajęcie jednego z dwóch pierwszych miejsc w tabeli Lotto Ekstraklasy – o mistrzostwu w ogóle nie wspominając. W przypadku zwycięstwa może dojść do pozytywnej reakcji w głowach piłkarzy, dzięki któremu w kolejnych meczach mogliby gonić prowadzącą Lechię oraz Legię w tabeli. Sześć punktów straty, ewentualny kolejny mecz bezpośredni i spora liczba spotkań do zakończenia sezonu to szansa dla Adama Nawałki i jego podopiecznych na uratowanie tego sezonu, ale do tego przy ewentualnym zwycięstwie potrzeba serii, której “Kolejorz” bardzo dawno już nie miał.

Adam Nawałka na sobotnie spotkanie ponownie wystawił Nikolę Vujadinovicia na środku defensywy, tym razem nie u boku Rafała Janickiego, a obok Thomasa Rogne. Wreszcie do pierwszej jedenastki powrócił nieobecny Robert Gumny, a na lewej stronie pojawił się Wołodymyr Kostewycz. W środku pola pauzującego za kartki zastąpił Maciej Gajos, nie zabrakło oczywiście Pedro Tiby czy Christiana Gytkjaera na szpicy. Zastanawiała obecność będącego w kiepskiej formie Darko Jevticia czy Macieja Makuszewskiego, a do wyjściowej jedenastki powrócił skrzydłowy Kamil Jóźwiak. W bramce standardowo, tak jak od kilku spotkań, Jasmin Buric.

Mecz najciekawiej rozpoczął się nie na boisku, a na trybunach. Kibice Legii Warszawa w pierwszych minutach gry najpierw spalili dwie flagi należące do fanatyków “Kolejorza”, by później odpalić efektowne race. Efektywniejsi byli za to zawodnicy Adama Nawałki, którzy mając pierwszy rzut rożny wykorzystali go w stu procentach. Po dośrodkowaniu z prawej strony najlepiej w zamieszaniu odnalazł się Nikola Vujadinovic, który po rykoszecie pokonał bramkarza Legii Warszawa, Radosława Majeckiego. Spotkanie nie było w pierwszej części gry obfite w wiele akcji czy strzałów. Optyczną przewagę mieli goście, którzy próbowali swoich sił w grze pozycyjnej, za to Lech ustawiony dość głęboko, starał się pressować rywali w okolicach linii środkowej boiska za sprawą Tiby, Gajosa czy bocznych obrońców Gumnego i Kostewycza. “Kolejorz” od pierwszego gwizdka Tomasza Musiała nastawiał się na grę z kontrataku. Bardzo dobrze funkcjonowała prawa strona za pomocą Jóźwiaka i Gumnego i to głównie z tamtej strony szły akcje poznańskiej drużyny. Po jednym z dośrodkowań w polu karnym Majeckiego pchnięty był Gytkjaer, ale sędzia nie zareagował. Chwilę później z groźną kontrą mógł wyjść Makuszewski, jednak skutecznie zablokował go Wieteska. Jakby obrońcy Legii ta sztuka się nie udała, skrzydłowy Lecha mógł wyjść sam na sam z bramkarzem Legii Warszawa. Na minutę przed zakończeniem pierwszej połowy gra została na chwilę przerwana przez kibiców gospodarzy, którzy oprawą z racami upamiętnili rocznicę zwycięstwa w Powstaniu Wielkopolskim.

Druga połowa pod względem rodzaju gry obu zespołów raczej się nie zmieniła. Legia utrzymywała się dłużej przy piłce, a Lech próbował gry z kontrataku. Po jednej z takiej sytuacji podopieczni Adama Nawałki wyszli na dwóch obrońców Legii Warszawa, Kamil Jóźwiak zdecydował się jednak nie zagrywać w stronę Gytkjaera, a sam chciał rozwiązać sytuację, a jego strzał dobrze sparował na bok Radosław Majecki. Parę minut później ponownie zakotłowało się w polu karnym gości – strzału szukał zarówno Makuszewski oraz Jevtic, ale defensorzy Legii skutecznie uniemożliwili im oddać strzał.

Mistrzowie Polski utrzymywali się przy piłce, atakowali bramkę Lecha, ale ataki rozbijali wysocy obrońcy – Vujadinovic i Rogne. W 75. minucie przy linii bocznej boiska świetnie rzut z autu wywalczył Darko Jevtic obijając piętką nogi jednego z piłkarzy Legii. Piłka po chwili trafiła do Jóźwiaka, który próbą dryblingu dał się zahaczyć przez defensorów warszawskiej Legii i wywalczył tym samym rzut karny, który na bramkę zamienił Christian Gytkjaer.

Legioniści przez cały dzisiejszy mecz byli całkowicie bezradni. Kapitalnie spisał się dziś duet Vujadinovic-Rogne, nie dopuszczając praktycznie siły ofensywnej warszawskiego klubu pod swoją jedenastkę. Nie było finezji, nie było polotu, ale był charakter, walka i prawdziwy zespół. Brawo dla Kolejorza.

 

 

0 0 votes
Oceń artykuł
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze