Dziady, czyli Halloween po słowiańsku

O Halloween w naszym kraju słyszeli prawie wszyscy, natomiast pojęcie Dziady kojarzy nam się głównie z utworem Adama Mickiewicza. Tymczasem to bardzo, bardzo stare słowiańskie święto obchodzone w tym samym czasie co Halloween – i równie imprezowo.

Dziady nazywane były także zaduszkami, radecznicą, przewodami albo pominkami. Podczas tego święta oddawano cześć duchom zmarłych przodków. Obchodzono je kilka razy w roku, jednak jeden z terminów przypadał właśnie na przełom października i listopada – to był zresztą jeden z powodów, dla których kościół katolicki wybrał 1 i 2 listopada na oddawanie czci zmarłym.

Podczas Dziadów nie tylko oddawano cześć duchom przodków, ale też proszono je o radę lub pomoc, składano im również ofiary, by zapewnić sobie ich pomyślność. Obchody święta nie były tą melancholijną uroczystością, jaką znamy dziś. Podczas Dziadów rozpalano okazałe ogniska na rozstajach dróg, by dusze wracające z zaświatów bez problemu trafiały do swoich dawnych domów, w oknach stawiano też zapalone świece w tym samym celu.

Nieodłącznym elementem obchodów tego święta była też uczta, która zazwyczaj odbywała się na… grobach przodków. Weselono się tam przy płonącym ognisku, nie stroniono także od napojów wyskokowych i tańców, by ucieszyć przodków. Na stole musiały się znaleźć kasza, miód, chleb i sól, jajka jako znak nowego życia oraz kutia, a przy stole – wolne miejsce dla dusz, które zechciałyby przyjść poucztować z żywymi. Dla nich także wylewano pierwszy łyk z każdego kielicha napoju na ziemię. Pozostałości z uczty zostawiano na grobach, by zmarli mogli się pożywić, zostawiano tam też płonące światełka – ich dalekim echem jest stawianie 1 listopada na grobach bliskich zniczy i lampionów.

Ogień tego dnia – a właściwie przez kilka dni, bo obchody Dziadów zaczynały się już 24 października – nie tylko wskazywał drogę duszom do domów, ale też chronił żywych przed demonami. W czasie święta, gdy granica między światem żywych i zmarłych była wyjątkowo cienka, na ziemię mogły się przedostać także te nieprzychylne ludziom istoty, a jasny ogień, którego się bały, chronił przed ich mocą. Dla odstraszenia ich w domu na czas święta rozstawiano kraboszki, zwane też karaboszkami. To były maski wykonane z drewna symbolizujące przodków i przy okazji odstraszające złe duchy. Jako wizerunki przodków, nawet umowne, były przecież widomym dowodem dla demonów, że ten oto dom jest pod dobrą ochroną.

Podczas Dziadów nie wolno było robić niczego, co mogłoby obrazić duszę przodka, który właśnie zawędrował na ziemię. Nie wolno było szyć, żeby nie pokłuć duszy i nie zaplątać jej w nici, nie wylewało się wody przez okno, nie odsuwało gwałtownie krzeseł, by nie potrącić duszy.

Można było za to wróżyć – powszechnie wierzono, że wróżby odprawione podczas tego święta się sprawdzają, a wyrażone życzenia, o ile naprawdę szczere, spełniają się. Podczas zabaw przy grobach sporo czasu poświęcano więc nie tylko tańcom, jedzeniu i piciu, ale i poznawaniu przyszłości – o ile ktoś miał tyle odwagi, by chcieć ją poznać. Bo wróżąc podczas Dziadów, jak wierzono, można było poznać prawdę o przyszłych losach, ale też ściągnąć na siebie przekleństwo demonów, które równie chętnie i tłumnie jak dusze przodków przybywały na święto… Powszechne było wróżenie z wosku, niewiele różniące się od tego, jakie zdarza się dziś podczas zabaw andrzejkowych, skakano również przez ogień dla odegnania złego losu, okadzano też magicznymi ziołami wszystkich przeklętych, zauroczonych lub chorych.

Tradycją tego święta było również zapraszanie do domów, na ucztę, żebraków, zwanych przecież dziadami – nasi przodkowie uważali, że obdarzając ich składają hołd swoim przodkom. Jednak zabawy przy ognisku były głównym elementem święta – powszechnie wierzono, że im huczniejsza i obfitsza zabawa, tym więcej pomyślności będzie czekało bawiących się aż do następnych Dziadów.

Lilia Łada, fot. L. Łada

0 0 votes
Oceń artykuł
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze