Druga porażka Lecha z rzędu

Lech - Cracovia fot. Wojtek Lesiewicz
Lech Poznań przegrał na wyjeździe z Lechią Gdańsk 1:2 po bramkach Sławomira Peszko oraz Michała Nalepy w meczu 8. kolejki PKO Ekstraklasy. Gola kontaktowego dla lechitów zdobył głową Christian Gytkjaer. Była to druga porażka z rzędu podopiecznych Dariusza Żurawia i kolejna niewykorzystana szansa na doskoczenie czołówki. „Kolejorz” po przegranym meczu spadł w tabeli na 9. miejsce, ale może spaść nawet na 10, jeśli wyprzedzi go Górnik Zabrze.

Od pierwszego gwizdka sędziego Kwiatkowskiego to gospodarze byli drużyną aktywniejszą i od razu ruszyli do ataku. Bardzo chciał się pokazać w tym meczu były piłkarz Lecha, Sławomir Peszko, który kilka sezonów temu miał niemałe spięcie przy Bułgarskiej z Tomaszem Kędziorą, Janem Bednarkiem i ówczesnym szkoleniowcem poznańskiej drużyny, Nenadem Bjelicą. Od tego momentu były reprezentant Polski stał się w Poznaniu „persona non grata”. Na nieszczęście kibiców ze stolicy Wielkopolski to właśnie Sławomir Peszko zdobył pierwszego gola w tym spotkaniu po strzale głową, pewnie pokonując interweniującego Mickeya van der Harta. Piętnaście minut później było już 2:0. Ładnym dośrodkowaniem w pole karne popisał się Filip Mladenovic, a bramkę strzałem na wślizgu zdobył Michał Nalepa.

Kiedy wydawało się, że Lechia ma ten mecz pod kontrolą, to lechici zaczęli coraz częściej dochodzić do głosu. Najpierw kapitalną okazję zmarnował reprezentant Danii, Christian Gytkjaer, by przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę zdobyć gola kontaktowego po podaniu Joao Amarala. Podopieczni Dariusza Żurawia po zmianie stron próbowali zagrozić bramce strzeżonej przez Dusana Kuciaka, ale najzwyczajnie w świecie nie mieli na to pomysłu. Co prawda, mieli wyższe posiadanie piłki, ale nic z tego nie wynikało. Bardzo słabo spisał się w tym meczu Djordje Crnomarkovic, który po raz drugi w tym sezonie wyleciał z boiska po otrzymaniu drugiej żółtej kartki.

Ten mecz pokazał, że Lech ma bardzo słabą ławkę rezerwowych i przy wypadnięciu Lubomira Satki, do gry wchodził piłkarz, który jeszcze rok temu grał w pierwszej polskiej lidze, czyli Tomasz Dejewski. Nie ma skrzydłowych, nie ma godnych zastępców dla środkowych pomocników… Można wymieniać długo, jednak liczy się to, co było wczoraj. Druga porażka z rzędu i „Kolejorz” spada na dziewiąte miejsce w tabeli.

Podziel się: