Najgorszy mecz Lecha w sezonie i kolejna porażka

Lech - Cracovia fot. Wojtek Lesiewicz
Lech Poznań przegrał z Zagłębiem Lubin na własnym stadionie 1:2 po bramkach Jakuba Tosika oraz Damjana Bohara. Kontaktowego gola zdobył Christian Gytkjaer. Było to jedno z najgorszych, jak nie najgorsze spotkanie w wykonaniu zawodników Dariusza Żurawia w tym sezonie. Powodów do optymizmu brak.

Po sobotniej porażce Lecha Poznań z Legią Warszawa posypały się negatywne komentarze i opinie o letnich nabytkach transferowych, które kompletnie zawaliły tak ważne spotkanie dla kibiców. Zaczęło się dobrze, bo po fantastycznej akcji z udziałem wychowanków: Modera, Gumnego i Puchacza, piłkę do siatki wpakował Darko Jevtić. Był to jednak początek złego. Kilka minut później dramatycznie zachował się Karlo Muhar, tracąc futbolówkę na połowie gospodarzy, ci wyprowadzili kontratak i wyrównali stan meczu. Lechici nie dążyli do wyjścia na prowadzenie, wręcz przeciwnie, bronili wyniku, co też dawało więcej szans na zdobycie bramki dla legionistów. Tak też się stało. Po kiepskim wyjściu do dośrodkowania przez Mickeya van der Harta, pokonał go młodziutki, wprowadzony chwilę wcześniej Rosołek. Krytycznie oceniany był także Kostewycz, często w bardzo prosty sposób omijany przez rywali.

Trener Żuraw na mecz z Zagłębiem przygotował kilka zmian. Zabrakło miejsca w wyjściowej jedenastce dla wspomnianego Ukraińca, za kartki pauzował Muhar, na ławce nie widzieliśmy także Darko Jevticia. W ich miejsce wskoczyli odpowiednio Puchacz, na skrzydle zameldował się Kamiński, a przed Christianem Gytkjaerem wreszcie mogliśmy obserwować od początku Portugalczyka, Joao Amarala. Dobrą informacją był także fakt, że po kilku tygodniach absencji na ławce zasiadł Pedro Tiba.

Od pierwszego gwizdka sędziego Przybyła to gospodarze mieli inicjatywę, wypracowali sobie dwa rzuty rożne, jednak to groźniejszą okazję po kontrataku stworzył Lech. Ładnie na lewym skrzydle zachował się Kamiński, który spokojnie wprowadził piłkę w pole karne, wycofał do Modera, a pomocnik „Kolejorza” technicznym chciałem chciał zaskoczyć Hładuna, jednak ten zdołał sparować do boku. Zagłębie odpowiedziało uderzeniem Starzyńskiego, ale było ono zbyt słabe, by pokonać Harta.

Po dłuższej przerwie związanej z odpaleniem przez kibiców rac dymnych ponownie stały fragment gry mieli goście i po schematycznym rozegraniu wpakowali piłkę pod nogami Harta do bramki i lubinianie mogli cieszyć się z prowadzenia. Jak amator zachował się przy tej sytuacji bramkarz gospodarzy, który na takim poziomie nie powinien w taki sposób interweniować. W czterdziestej minucie składną, ciekawą akcję od samej defensywy wyprowadził Lech, jednak piłka po strzale Amarala minimalnie minęła słupek bramki strzeżonej przez Hładuna. Nie była to najciekawsza pierwsza część meczu w wykonaniu podopiecznych Dariusza Żurawia. Do straty bramki wyglądało to jeszcze poprawnie, ale później już tylko gorzej. Wolni, ospali, bez pomysłu w ofensywie.

Początek drugiej połowy nie był obiecujący. Dalej poznaniacy nie dawali żadnych argumentów kibicom, by ci mogli sądzić, że cokolwiek można w meczu zmienić. Dużo było walki siłowej, większość drugich piłek padało jednak łupem piłkarzy w strojach pomarańczowych, przez co mogli spokojnie kontrolować wynik. Ciekawiej było za to na trybunach, gdzie kibice bawili na sto procent, wyrzucając w pewnej chwili mnóstwo serpentyn – przerywając ponownie mecz na kilkadziesiąt sekund. Szybki kontratak w 66. minucie wyprowadzili goście, błąd popełnił Crnomarkovic, bo minął się z piłką, a Bohar będący sam na sam z Hartem nie miał większych problemów, aby go pokonać. W ostatnich minutach kontaktowego gola strzelił Christian Gytkjaer.

Kolejny mecz przy Bułgarskiej i kolejny raz zawodnicy Lecha serwują żałosne widowisko. Trener Sevela zjadł Dariusza Żurawia pod względem taktycznym w stu procentach. Taki, a nie inny przebieg rywalizacji w piątkowym meczu był spowodowany również „rewolucją” transferową. Dwie bramki całkowicie zawalone przez nowe nabytki: Harta i Crnomarkovicia. W ofensywie oprócz pojedynczych zrywów Jóźwiaka nie działo się nic. Lech stał się średniakiem i musimy się chyba niestety do tego przyzwyczajać.

Podziel się: