Lech jest zdrowy finansowo, ale czy sportowo?

Lech Poznań jako jedyny klub w Polsce, już po raz drugi, publikuje do wglądu audyt finansowy. Pierwszy obejmował lata 2013-2015, natomiast ten dotyczy sezonów 15-16, 16-17 oraz 17-18. Z opublikowanych dokumentów wynika, że trzecia drużyna ubiegłego sezonu Lotto Ekstraklasy jest bardzo rozsądnie prowadzony pod względem finansowym. Nie przekłada się to jednak tak dobrze na wynik sportowy, na którym tak bardzo zależy wszystkim kibiców “Kolejorza”.

– Po opublikowaniu pierwszej edycji raportu byłem wielokrotnie pytany przez moich kolegów, prezesów innych klubów „Po co my to robimy?” Odpowiadałem i odpowiadam niezmiennie – bo kibice Lecha mają prawo to wiedzieć. A nawet nieco żartobliwie: jeśli nasi kibice chcą wiedzieć na co poszła nieco już mityczna „kasa za Lewandowskiego czy Bednarka” (czy z innych transferów), to właśnie dzięki takim raportom mogą się tego dowiedzieć – mówi prezes klubu, Karol Klimczak.

Co z tego wynika? W sezonie 2017/2018, Lech Poznań zarobił na czysto 22 miliony złotych – głównie dzięki sprzedaży swoich zawodników: Jana Bednarka, Dawida Kownackiego i Tomasza Kędziory. Wgłębiając się w transfery i nie licząc innych kosztów: “Kolejorz” za tych trzech piłkarzy otrzymał 52 miliony, natomiast z tej kwoty na wzmocnienie drużyny wydał ledwie 11 milionów złotych. Jedna piąta kwoty. Czy to duży, czy mało – oceńcie sami. Warto jednak wspomnieć, że w tamtym oknie transferowym do stolicy Wielkopolski trafili tacy piłkarze jak: Denis Rakels, Vernon de Marco, Nicklas Barkroth, Mario Situm, Rafał Janicki czy Nikola Vujadinovic. Żeby nie było tak tragicznie: wtedy do Lecha trafili też Christian Gytkjaer i Emir Dilaver. Dwa udane transfery, sześć słabych lub bardzo słabych. Skuteczność kiepska. Jak pamiętamy: rok później postawiono na jakość, nie ilość, więc do Poznania trafili: Pedro Tiba oraz Joao Amaral. Jak przydatności tego pierwszego w ogóle nie musimy udowadniać, tak do Amaral wielu miało by wątpliwości. Fakt jest taki, że Portugalczyk jest często irytujący i mało wydajny, ale liczby – niezwykle ważny w piłce nożnej – są na jego korzyść. W 25 meczach dla Lecha, w ośmiu z nich strzelał gole, a w pięciu asystował. Upakowując to ładnie w procentowy udział Amarala w zdobytych bramkach: miał dokładnie 52%, czyli w więcej niż co drugim zdobytym golu. Mało? Wydaje się, że całkiem przyzwoicie. Takich okienek transferowych, jakie były w 2018 roku chcemy więcej, a takich jak w 2017 – jak najmniej. Można oczywiście dopisać, że potrzeby są większe niż sprowadzenie dwóch piłkarzy. Realiści powiedzą, że Lechowi brakuje przynajmniej jednego obrońcy, środkowego pomocnika i skrzydłowego, ale prawdopodobnie gruntowne zmiany – wliczając w to wspomniane transfery – przeprowadzone będą latem. Szkoda, że nie zrobiono tego zimą, ale nie można mieć wszystkiego.

Z czego, oprócz transferów, poznański klub ma największe przychody? Rzecz jasna, z kibiców obserwujących mecze na trybunach, ale nie tylko.

Jak to wygląda używając konkretnych liczb?

Przyzwoicie, bo co roku notowany jest większy przychód z biletów, to jednak martwią kiepskie wpływy dzięki udziałowi w europejskich pucharach. Ze względu na taką, a nie inną postawę drużyny w tych rozgrywkach, najwięcej Lech zarabia na meczach ligowych, to jednak największy potencjał jest jednak we wspomnianych rozgrywkach europejskich. Przy przejściu do co najmniej fazy barażowej lub nawet fazy grupowej Ligi Europy, bo o Lidze Mistrzów nawet nie wspominamy, przyjeżdżają do Poznania średnie europejskie marki – w ostatnich latach były to m. in. FC Basel, Fiorentina, wliczając w to kiepską postawę wówczas w meczach ligowych, frekwencja w tamtych spotkaniach na poziomie 22-25 tysięcy osób była bardzo dobra. Nie musimy oczywiście wspominać, jak trybuny zapełniały się kilka lat wcześniej na meczach z Juventusem, Red Bullem Salzburg czy Manchesterem City.

Na co Lech wydaje najwięcej pieniędzy?

To oczywiste, na pierwszą drużynę, bo w przeciągu trzech lat liczba oscylowała wokół 40-42 procent. Następnie duma prezesów Lecha, czyli akademia – 7 procent, utrzymanie obiektów w Poznaniu, administracja i inne koszty. Klub do końca 2017 roku nie był także właścicielem obiektów we Wronkach i Popowie – wydawał pieniądze na wynajem i utrzymanie obiektów. Ze względu na chęć rozwoju i rozbudowy, zakupił te obiekty.

Teraz coś, co kibice polubią najbardziej. Ile zarabiali w przedstawionym okresie m. in. Karol Klimczak oraz Piotr Rutkowski? Między innymi, bo w poniższe dane wliczani są także: dyrektor Akademii Lecha, dyrektor ds. Ochrony, dyrektor Handlowy, dyrektor Sprzedaży, dyrektor Marketingu i dyrektor Finansowy.

Średnio na jedną osobę? Niespełna 20 tysięcy złotych miesięcznie, łącznie na dziesięć osób niecałe 200 tysięcy złotych na miesiąc. Czy to dużo czy mało – ocenę pozostawiamy wam. Najważniejsi w układance drużyny, czyli oczywiście piłkarze w sezonie 2017/18 zarabiali najwięcej, bo aż 25 milionów złotych rozłożone na cały zespół.

 

Od sezonu 2015/2016 do sezonu 2017/2018 kwota przelewana na konta piłkarzy Lecha Poznań wzrosła o nieco ponad pięć milionów złotych. Nie miało to niestety przełożenia na wynik sportowy, bo w tych latach lechici nie zdobyli żadnego trofeum, tak ważnego dla kibiców. Warto wspomnieć także, że władze klubu wystąpiły w ostatnim czasie o dofinansowanie z Unii Europejskiej oraz z Ministerstwa Sportu i Transportu na budowę we Wronkach Centrum Badawczo-Rozwojowego. Całość ma kosztować około 40 miliony złotych, natomiast klub zobowiązany jest wyłożyć 50 procent tej kwoty. Pokazane dane dają znak, że klubowi nie grozi sytuacja Wisły Kraków sprzed paru miesięcy czy Widzewa, Ruchu i innych zasłużonych klubów polskiej piłki, które przez złe zarządzanie upadły bardzo nisko. Wynik finansowy cieszy, widać, że w klubie są w tej dziedzinie odpowiedni specjaliści, znający się na rzeczy. Szkoda, że w kwestii sportowej nie wygląda to już tak kolorowo…

0 0 vote
Oceń artykuł
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze